sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 3

Wylądowałam na jakimś samochodzie, zgniotłam delikatnie maskę, a tak nie było mi nic.
Szybko się otrząsnęłam i zabrałam się za ucieczkę.
Biegłam ile sił w nogach by udać się jak najdalej od miasta.
Szybko wbiegłam do jakiejś starej szopki, gdzie postanowiłam trochę przeczekać.

*Z punktu widzenia funkcjonariusza Mike'a, zajmującego się sprawą Eme*
Właśnie znajdujemy się z Aylsham. Słyszę telefon. Wyciągam z kieszeni i widzę, iż dostałem wiadomość.

Nieznany numer: Z tej strony funkcjonariusz Aniston, Eme z Aylsham pojawiła się w Barnet, zamordowała 3 osoby i wiemy, że to nie koniec. Nadal jej szukamy.

Przeraziłem się na tą wiadomość.
Postanowiłem porozmawiać z matką tej chorej psychicznie dziewczynki.
Właśnie zbliżałem się do domu państwa Rockbell, gdy nagle podbiegła do mnie matka Daniela, sąsiada który zginął na jej oczach. Wszyscy twierdzą jednak, że to ona go zabiła.
-Proszę Pana, czy złapaliście już tą dzikuskę, która zamordowała mojego syna?- Dopytywała.
Tak na prawdę nie znałem prawdy. Obiecałem sobie jednak, że mimo wszystko dowiem się, co skłoniło ją do morderstwa aż 6 osób.
Dziwi mnie jednak, dlaczego Daniel był pierwszy na liście.
-Niestety, jest jeszcze na wolności i z tego co pamiętam, nazywa się Emelyth i nie jest dzikuską.- Ludzka wyobraźnia ma naprawdę obszerne granice. Mimo wszystko,matka tego dzieciaka przesadzała.
Nadal nie mamy pewności, kto i dlaczego to zrobił.

Stanąłem przed rezydencją państwa Rockbell, gdy nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie, związane z tym miejscem. Przełknąłem ślinę i udałem się w stronę drzwi.
*Puk puk puk* Rozległ się dźwięk pukania.
W pewnej chwili w drzwiach stanęła niska kobieta, widać było, że nie  radziła sobie z całą tą sytuacją.
-Dzień dobry Pani Rockbell, nazywam się Mike i zajmuję się sprawą Pani córki- Odparłem ze spokojem w głosie.
-Nie mam córki, o czym pan mówi?- Odparła kobieta, widać było w jej oczach gniew. Co do cholery działo się w tym domu?
-Proszę Pani, mam nakaz sprawdzenia pokoju Emelyth Rockbell. I liczyłem na kilka odpowiedzi na moje pytania z Pani strony.
-Dobrze, niech pan wejdzie.
Jak kazała, tak zrobiłem.
Dom był oziębiony i przerażający. Nic dziwnego, że ta mała dziewczynka bała się tu przebywać. Rozglądałam się by zapamiętać jak najwięcej z tego miejsca.
Spojrzałem na przerażający wzrok gospodyni domu, która wskazała mi, iż pokój Emeli znajduje się na piętrze.
-Drugie drzwi po lewej.- Odparła i zniknęła gdzieś w kuchni.
Przełknąłem ślinę. Te schody, takie odrapane. Skrywały tyle tajemnic. Udałem się na górę, by cokolwiek dowiedzieć się o Eme z Aylsham.
Jak wskazała kobieta, drugie drzwi po lewej ukazały mi pokój dziewczynki.
Nic nadzwyczajnego. Małe łóżko w kącie pokoju. Okno zasłonięte roletami, biurko a na nim pełno papierów. Szafa, stała w kącie pokoju. Była przerażająca. Zapaliłem światło, wziąłem głęboki oddech.Najpierw zająłem się oknem, gdyż było najbliżej światła.
Zajrzałem za nie. Było skierowane prosto na las. Przerażający widok. Nie dziwię się, że ta mała nie bała się tam uciec.
Oparłem się o parapet. Palcami przejechałem po podrapanym, drewnianym parapecie. Spojrzałem na ściany wokół okna. Były całe odrapane.
Odsunąłem się szybko.
Wtedy w oczy rzuciło mi się łózko. Usiadłem na idealnie pościelonym wyrku.
Podskakiwałem przez chwilę, by sprawdzić czy skrzypiało. Jak przypuszczałem, tak też się działo. Łóżko było stare i zardzewiałe. Skrzypiało i było twarde.
Odsłoniłem pościel i ujrzałem prześcieradło, na którym widniała zaschnięta plama krwi. Przeraziłem się i odsunąłem poduszkę. Na szczęście, pod poduszką nic nie było.
Położyłem kołdrę i podusię Eme na ziemi. Wyjąłem materac i spojrzałem na ramę łóżka. Była drewniana i brakowało kilku drewnianych belek. To było straszne.
Pod łóżkiem zauważyłem małe pudełko. Złożyłem całe łóżko, tak jak zastałem je na wstępie.
Pochyliłem się i wyciągnąłem pudełko. Usiadłem wygodnie. Otworzyłem a w środku znalazłem zestaw żyletek i małą kartkę.
Wyciągnąłem ją i zacząłem czytać.
Dziś jest 21 kwiecień 2008 roku.  To właśnie dziś zaczęła się ta masakra. Tatuś i mamusia wyrządzają mi ogromną krzywdę. To strasznie boli. Napiszę, kiedy ten koszmar się zakończy. Boję się. 
Przerażony postanowiłem znaleźć jeszcze jakieś ślady. Puki co, zabrałem karton i postawiłem na biurku.Tam po kolei przeglądałem papiery.
Zazwyczaj były to notatki szkolne, jednak w szufladzie znalazłem notes.
Był to chyba jej pamiętnik, gdyż zapisywała tam najważniejsze informacje.
Usiadłem na krzesełku i zacząłem czytać.
21 maja 2013 roku. Dziś Daniel z sąsiedztwa zaprosił mnie do parku. Było w miarę zabawnie, do czasu gdy przyszli oni. Byli od nas starsi. Mi na szczęście  nie zrobili nic. Jednak Daniela zakatowali! Na moich oczach bili go do momentu, aż przestał się ruszać! Zemszczę się.
A więc to tak zginął Daniel. To nie ona go zabiła! Mam dowód!
 Przewróciłem kilka stron dalej.

 31 maja 2013 roku. To dziś planuję zemstę na  ojcu. Mam go już dość.. Pedofilia, którą na mnie stosuje zaszła już za daleko. Mam dosyć tego, że wiecznie jestem sama. To jego wina.
Następnie na końcu dziennika znalazłem kartkę. Rozłożyłem ją i mnie zamurowało.
DarkList:

Nie chciałem czytać, jakie ofiary są na jej liście. Spakowałem dziennik i inne jej notatki do pudełka.
Została mi jeszcze do sprawdzenia przerażająca szafa.

Odłożyłem karton na ziemię i podszedłem do ogromnego mebla. Niechętnie otworzyłem drzwi. Z przyzwyczajenie a zarazem przerażenia, że znajdę tam jakiegoś trupa, zamknąłem oczy. Nie poczułem jednak, że coś na mnie spadło, więc otworzyłem po woli ślepia.
Szafa była dość normalna. Na szufladkach były idealnie poukładane ubrania a na wieszakach wisiały kolorowe kurtki i bluzy dziewczynki. Jeden wieszak był jednak pusty.
~To pewnie ten wieszak, z którego Eme wzięła bluzę~Pomyślałem, jednak z rozmyśleń wyrwała mnie matka dziewczynki, która właśnie weszła do pokoju.
-Przyniosłam panu kawę. Jestem gotowa na pańskie pytania.
-Zaraz do Pani zejdę, skończę przeglądanie pokoju.
-Dobrze, czekam zatem na dole.
Kobieta opuściła pomieszczenie a bynajmniej tak się mogło wydawać.
Dobrze wiedziała, że jest na czarnej liście swojej córki. Była na to gotowa.
Gdy już miałem wychodzić, coś przykuło moją uwagę.
W kąciku pokoju, za biurkiem, drewniana podłoga była strasznie poszarpana. Podszedłem więc bliżej, by móc się przyjrzeć.
Kucnąłem, gdyż napisy wyryte na ziemi były bardzo nie wyraźne.
Zacząłem czytać.

''Pomocy. To boli. Nie panuję. Krew z oka.''

Dość dziwne. Zrobiłem zdjęcie telefonem i już miałem wyjść, gdy zauważyłem, że matka jednak nie poszła na dół, czekała przed drzwiami.
Zaszedłem drzwi z takiej strony, że jak owa kobieta wparuje do pokoju, nie będzie w stanie zrobić mi krzywdy.
Otworzyłem.
Kobieta z nożem w ręce szybko i panicznie rozglądała się po pokoju. Zaszedłem ją od tyłu i obezwładniłem.
-Nikt nie ma prawa dowiedzieć się, co tu się stało.

Zabrałem ją na komisariat zamykając w zakładzie psychiatrycznym.
Do dowodów śledztwa za dziewczynką, dołączyłem jej osobiste rzeczy.
Nadal jestem za tym, że to nie ona zamordowała Daniela.
Przecież miałem na to dowody! Dlaczego wciąż się waham?

*Wracamy do punktu widzenia Emelyth*
Siedziałam w tej szopie i siedziałam. Miałam już dosyć tego pościgu.
Nagle do pomieszczenia wszedł jakiś człowiek. Przeraził się na mój widok i chciał mnie iść wydać na policję.
Szybko jednak 'okradłam' go z życia.




~~~~~~~~~~~~~
Mamy r3. Myślę, że się chociaż trochę podoba (:
Pozdrawiam.
~/Eme.

Rozdział 2

Zajrzałam, by upewnić się, czy to mój ojciec. Nie myliłam się.
Wstałam więc i oczekiwałam,kiedy nadejdzie.
Mój oddech był niestabilny. Serce biło mi strasznie szybko.
Jednak wiedziałam, że nie mogę się teraz wycofać. To wszystko zaszło za daleko.
Gdy ojciec był już wystarczająco blisko, wzięłam zamach największy jaki w tej chwili potrafiłam.
Trafiłam ojcu prosto w brzuch. Kosa trafiła go na tyle głęboko, że przebiła go na wylot.
Gdy on dławił się własną krwią, patrzyłam jak umiera. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Postanowiłam, że pomogę mu w tej męczarni.
Zadawałam mu kolejne ciosy, głębsze, bardziej precyzyjne. W końcu, gdy jego ciało było już wystarczająco zmasakrowane, otarłam spocone czoło. Przyjrzałam mu się jeszcze ostatni raz.
-Dobranoc, tatusiu.- Odparłam po czym bez zastanowienia pobiegłam w głąb lasu. Nie zapomniałam o kosie. Nie chcę, by ktokolwiek dowiedział się, że to ja.
Mogłam jednak spodziewać się, że moje nagłe zniknięcie i śmierć ojca to dwa dziwne zdarzenia.
Biegłam przed siebie bez zatrzymania.
Na noc zatrzymałam się w starej szopie w lesie.
Było tam strasznie zimno i ciemno. To nic. Przecież miałam swoją kosę.
Otworzyłam więc ogromne, stare drzwi. Weszłam do środka, jednak od razu ogarnęła mnie fala zimna i smrodu dochodząca ze środka.
To było jedyne wyjście na tą noc.
Znalazłam w kieszeni bluzy paczkę zapałek. Zapaliłam najpierw jedną, by zobaczyć cokolwiek.
Poszłam do przodu, rozglądając się panicznie.
Pomieszczenie było bardzo wilgotne.Ściany poszarpane. Odchodziła z nich farba.
Jakieś graty walały się po ziemi.
Szłam nie patrząc pod nogi aż w pewnej chwili przewróciłam się o jakąś starą puszkę. Pod wpływem fali powietrza moja zapałka zgasła.
Zapaliłam więc następną. Znalazłam pod ścianą jakieś stare szmaty.
Udałam się w tamtym kierunku. Wzięłam jedną i otarłam kosę z krwi.
Usiadłam w kącie. Strasznie się bałam tu przebywać. Było już ciemno a powoli kończyły mi się zapałki.
Postanowiłam się uspokoić i zasnąć.
Nie zajęło mi to dużo czasu.
Przysypiając, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Nie zwracałam na to zbytnio uwagi.
Nie pamiętam dokładnie kiedy zasnęłam.

Następnego dnia obudziłam się strasznie zmarznięta. Słońce wdzierało się przez  zakurzone, małe okienka. Wreszcie dokładnie widziałam, gdzie się znajduję.
Rozejrzałam się i zauważyłam, iż znajduję się w jakiejś opuszczonej fabryce. Nie wiem dokładnie wszystko jest takie stare.
Bez zastanowienia wyszłam z budynku. Rozejrzałam się wokół i postanowiłam udać się w dalszą podróż.
Poszłam w przeciwnym kierunku, do tego z którego przyszłam.
Przecież ten las gdzieś musi się skończyć. To oczywiste.
Szłam dobre kilka godzin, gdy nagle dopadło mnie zmęczenie i głód. Wiedziałam, że muszę iść dalej. Przecież jeśli się cofnę, od razu wsadzą mnie za kratki. Będę żyła jak roślinka. Co dnia faszerowana lekami strasznie silnymi. To chore. Dlaczego tak miałabym skończyć?
Nie podoba mi się taki obraz mojego życia.
Chcę żyć, chcę mieć męża, dzieci. Chciałabym, by moi rodzice byli na weselu.
A może zmienić nazwisko? Słyszałam, że jest to możliwe.
Tylko chwila, zapomniałam. Mam dopiero 13 lat. Prędzej odwieźli by mnie do psychiatryka lub do domu niż zmieniliby mi nazwisko. Niestety, moje marzenie jest nieosiągalne.

Zapomniałam wspomnieć, dowiedziałam się, że Ci sami którzy zabili na moich oczach Daniela, przeprowadzili się do Barnet.

Właśnie natrafiłam na jakieś miasteczko. Minęło już kilka dni. Nic nie jadłam, nie piłam. Jestem wykończona. Spałam nieraz pod gołym niebem. Te warunki są okropne, jednak za nic nie wróciłabym do domu.
Wychodzę właśnie z ogromnego lasu. Już myślałam, że nigdy nie będzie miał końca.
Stoję na skraju lasu. Widzę tabliczkę. Wykończona podbiegłam do niej, by przeczytać gdzie się właśnie znajduję.
Na tabliczce zauważyłam napis ''Barnet''
Czyli wreszcie dotarłam gdzieś konkretnie?
Zmęczona udałam się więc wzdłuż uliczki, całkiem zapominając, że mam kosę w ręce. Na szczęście była czysta a moje ubranie w miarę nie poplamione krwią.
Postanowiłam, że jeśli ktoś będzie pytał, to wraz z rodzicami mam działkę gdzieś w lesie. Miałam przynieść ojcu kosę, jednak się zgubiłam i dotarłam tutaj.
Zmęczenie dawało się mocno we znaki. Byłam strasznie głodna. Dotarłam do jakiegoś parku w środku miasta. Usiadłam pod drzewem, kosę położyłam obok. Czekałam, aż ktoś zareaguje.
Widziałam, że ludzie się boją. Są zdenerwowani a jedna kobieta posunęła się do tego stopnia, że zadzwoniła na policję.
Nie pamiętam co było później. Straciłam przytomność.

Przebudziłam się na komisariacie, gdzie odebrano mi kosę.
Od razu zalano mnie falą pytań.
W końcu podszedł jeden mężczyzna przeciskając się przez tłum gapiów.
-Dobra, dajcie jej spokój. Może jest głodna.- Odparł odganiając ich ode mnie.Następnie ukucnął przede mną i zaczął pytać.- Witaj dziecinko, jak masz na imię?
Nic nie odpowiadałam. Nie zmieniłam wyrazu twarzy.
Zapomniałam, że na szyi miałam wisiorek od taty z moim imieniem. Szlak niech to trafi.
Mężczyzna szybko zauważył mój wisiorek i sięgnął po niego ręką, by przeczytać moje imię.
Gdy tylko musnął moją szyję ręką przeszły mnie ciarki i odsunęłam się od niego. Zdążył jednak przeczytać wygrawerowany napis.
-Emelyth nie bój się. Nic Ci nie zrobię. Mogę do Ciebie mówić Emelyth?- Zapytał z szarmanckim uśmiechem.
-Eme.- Wyszeptałam pod nosem w ogóle na niego nie patrząc. Założyłam kaptur na głowę i naciągnęła bluzę jak i rękawy, by czasem nie widzieli moich blizn. Machałam nogami i rozglądałam się po komisariacie.
- Dobrze, zatem. Eme, jak się tutaj znalazłaś? Nie jesteś tutejszą.- Zapytał jednak odpowiadała mu cisza. Powtórzył kilkakrotnie pytanie. Mimo tego, że powoli zaczynał się denerwować nie spieszno mi było odpowiedzieć.Próbował więc inaczej.- Po co Ci kosa? Skąd jesteś? - Dopytywał.
Wstałam i rozejrzałam się po komisariacie.Było mi słabo, więc od razu ponownie usiadłam. On chyba to zauważył, gdyż od razu poprosił swoją asystentkę by przyniosła mi wody i coś do zjedzenia.
Ta, dość mała i gruba szatynka przyniosła mi kubeczek wody i kanapkę z tuńczykiem. Mimo, iż byłam strasznie głodna, wypiłam tylko wodę. Nie znoszę tuńczyka.
-Emeli, zjedz coś.- Prosił funkcjonariusz. Raz jeszcze zajrzałam do środka kanapki. Powąchałam tuńczyka i od razu poczułam, że chyba zwymiotuję.
Pan Smith, bo tak się nazywał wziął mnie za rękę i poprowadził do swojego gabinetu. Tam poczęstował mnie kanapką z szynką. Zjadłam ją w mgnieniu oka jak smok.
Popiłam raz jeszcze wodą. Rozejrzałam się i zauważyłam, że w koncie jego gabinetu stoi moja kosa.
~Co by tu zrobić..~Pomyślałam.~Ucieknę, tak jak z domu. Muszę uciec. Oni wsadzą mnie do psychiatryka. Nie chcę być roślinką!~Krzyczałam w myślach po czym zaczęłam odliczanie.
Ręce strasznie mi się pociły. Zacisnęłam je. Postanowiłam, że nie zostanę tu dłużej. Muszę się stąd wyrwać. Po prostu muszę.
10..
9..
8..
7..
6..
5..
4..
3..
2..
1..
Nagle zerwałam się z krzesła, podbiegłam do kąta pokoju, zabrałam kosę i wybiegłam. Uciekałam przez korytarz trącając każdego, by zrobił mi miejsce.
-Łapcie ją! Nie pozwólcie jej uciec!- Krzyczał za mną funkcjonariusz.
Z prawego oka znów poleciała mi krew. W pewnej chwili zatrzymałam się i odwróciłam, czekając na ich reakcję.
Poprawiłam kaptur. Patrzyłam na nich  spot kaptura.
Powolnym i niepewnym krokiem podszedł do mnie Pan Smith. Ukucnął przy mnie. Patrzył na moją twarz a wszyscy tu zgromadzeni, patrzyli na nas.
-Eme, uspokój się, chcemy tylko porozmawiać.
Popatrzyłam na niego. Delikatnie rozchyliłam usta, jakbym chciała coś powiedzieć. Jednak nie. Zrobiłam tylko obrót jak mała baletnica i zamachnęłam się kosą. Rozcięłam Pana Smith'a na dwie równe części.
Podczas, gdy wszyscy byli zdezorientowani całym zdarzeniem, miałam około 10 sekund na ucieczkę.
Wybiegłam z komisariatu i pobiegłam byle gdzie. Byle tylko ich zgubić.

Uciekałam przez kręte uliczki, najmniejsze zakamarki, by tylko mnie nie znaleźli.W pewnej chwili, ujrzałam jak Frank i John (Mordercy Daniela) znów katowali dwóch dzieciaków.
Stanęłam jak wryta. Ta mała dziewczynka wyglądała jak ja sprzed 3 lat!
Bez wahania w ostatniej chwili zrobiłam zamach moją kosą, przez co głowa jednego z tych oprawców obiła się jak piłka o ścianę. Drugi gdy to zobaczył, przestraszył się i bronił małą dziewczynką.
-K..Kim jesteś szatanie?! C..Czego O..Ode mnie chcesz?!- Krzyczał, aż w pewnej chwili posikał się w majtki.
Był to zabawny widok. Zastanawiałam się chwilę, jak mu się przedstawić. Moje imię brzmi Eme. Pochodzę z Aylsham.
Eme z Aylsham. Nawet pasuje.
Spojrzałam na niego, a on szarpał to bezbronne dziecko. Drugie natomiast leżało poobijane na ziemi i płakało.
Przypomniał mi się Daniel.
-Eme z Aylsham. A teraz puszczaj dziewczynkę.- Odpowiedziałam oschle. Na oko, te dzieciaki miały po 5-6 lat. Były młodsze ode mnie i Daniela.
On się wystraszył, i natychmiastowo puścił dziewczynkę.
Ona stała jak wryta, a ten zaczął uciekać. Podbiegłam kawałek do niego i z pół obrotu zadałam mu cios kosą. Jego ciało też zostało przepołowione.
To była moja 3 ofiara w tym mieście.
Niestety.
Podeszłam szybko do tych dzieciaków.
Dziewczynka stała i płakała natomiast chłopiec patrzył na mnie strasznie obolały.
Podeszłam do blondynki.
-Jak masz na imię?- Zapytałam nie patrząc bezpośrednio w jej oczy. Miałam kaptur.
-S..Stefani. A to jest Billie. - Odparła uprzedzając moje następne pytanie.
-Stefani, możesz iść?- Zapytałam z troską w głosie.
-T..Tak.. C.. Co Pani chce z nami zrobić? - Zapytała przerażona.
-Nic konkretnego..- Odparłam po czym podałam jej moją kosę.- Masz, trzymaj, tylko nie zrób sobie krzywdy.
Po chwili podeszłam do chłopca.
-A Ty, możesz wstać?- Zapytałam, jednak on płakał. Wiedziałam, że jest mu potrzebna nagła pomoc. Szybko więc wzięłam go na barana. Dziewczynka chwyciła mnie delikatnie za rękaw, by dotrzymać mu kroku.
Zaprowadziłam ich do najbliższego szpitala, jaki tylko zdążyłam zauważyć podczas mojej ucieczki.

Z kopniaka otworzyłam drzwi gdy nagle wszystkie pary oczu zwróciły się na moją postać.
-Potrzebna nagła pomoc.- Odparłam oschle. Pielęgniarka podeszła niepewnie. Odwróciłam się. Wręczyłam jej chłopca który zdążył zalać już mój rękaw.
Dziewczynka chciała, bym z nimi została. Wzięłam ją na bok. Zabrałam moją kosę i kucnęłam przy niej.
-Posłuchaj Stefani. Jesteś bardzo silna. Nigdy nie pozwól ,by ktoś Cię skrzywdził. I pilnuj swojego kolegi. Jak tylko możesz.
Ona przytuliła się do mnie z podziękowaniem za uratowanie życie jej jak i Billie'mu.
Bez słowa wyszłam, gdzie czekały już na mnie radiowozy i policjanci gotowi mnie zastrzelić.
Szybko wbiegłam z powrotem do szpitala. Uciekałam korytarzem aż w końcu weszłam do jakiejś sali. Zajrzałam przez okno, nie było wcale tak wysoko. Zrobiłam rozbieg i..
I skoczyłam.




~~~~~~~~~~~~~~~
Jest r2.
Pozdrawiam.
Eme.

piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 1

Następne dni były mniej więcej takie same..
Wstawałam rano, matka na mnie krzyczała, chodziłam do szkoły, gdzie unikałam rozmowy z ludźmi następnie wracałam i zamykałam się w pokoju, by zrobić na swoim ciele nowe ślady.

Dodać można tylko tyle, że gdy rodzice to zauważali, bili mnie skórzanym pasem po tych ranach a potem działo się to co się działo.

Nie chcę o tym opowiadać, boję się.Boję, że on to usłyszy i znów się zacznie.

Cały rok minął tak samo.
Nie był ciekawy. Był przerażający.
Na moim ciele pojawiało się coraz więcej blizn.

Coraz bardziej miałam dość wszystkiego.
A wstrząsnęło mną, gdy podsłuchałam raz rozmowę rodziców.

-David, a co jeśli ten smarkacz dowie się, że Brayan nie żyje?- Pytała matka.
-Nie dowie się. Jeśli nie wydasz, że się zabił, tylko będziesz mówiła, że wyjechał, ona się nie dowie i wszyscy będziemy szczęśliwi.- Wytłumaczył ojciec.
-Ok rozumiem.- Odparła matka.- A z kim było lepiej? Z Eme czy Brayan'em? - Dodała po chwili.
-Oczywiście, że z Eme. Brayan był pieprzonym gejem. A ja i tak nadal wolę dziewczynki.- Zaśmiał się.
Słysząc to, wystraszyłam się. Weszłam po cichu na górę, spakowałam do plecaka bluzę, butelkę wody i kanapki, które miałam w pokoju. Założyłam kurtkę i buty. I czekałam.
Zaczęłam odliczać.
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1..
Po czym szybko wybiegłam z pokoju. Zbiegłam po schodach i czym prędzej wybiegłam z domu.
Przyspieszyłam, by oddalić się jak najdalej się dało. Niestety, nie udało mi się.
Ojciec od razu wybiegł za mną, bał się, że pobiegnę do kogoś i wszystko mu opowiem.
Krzyczałam, szarpałam się jednak na marne. Był bardzo silny i zaniósł mnie do domu.
tam od razu dostało mi się.
Zaczynając od bicia pasem a kończąc na pedofilii.

Powoli miałam tego dość.
Nadal nie docierało do mnie, że mój brat nie żyje i to przez nich.
To mną wstrząsnęło.

Przestałam się bać. Zaczęłam nienawidzić.

Zaczęło się to pewnego wieczoru.
Siedziałam w pokoju i rozmyślałam, jak wydostać się z tego bagna.
W pewnej chwili ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie.
Z mojego prawego oka ciurkiem poleciał strumyczek krwi.
Przeraziłam się i szybko go otarłam.
Nie pomagało, gdyż krew leciała nadal.
Podeszłam szybko do lustra i przyjrzałam się sobie. Wyglądało to nawet uroczo. Nie zapominając, że nadal mnie przerażało.

Po chwili krew przestała lecieć.
Położyłam się do łózka i próbowałam zasnąć. Coś jednak nie dawało mi spokoju.
Czułam się obserwowana. Wstałam więc, rozejrzałam się po pokoju. Nikogo nie widziałam. Postanowiłam znów zasnąć. Nie zajęło mi to dużo czasu.

Następnego ranka obudziłam się strasznie zmęczona.
Jest sobota i ojciec właśnie kosił trawę na dworze.
Dla sąsiadów zawsze z matką udawali szczęśliwą rodzinkę.
Podczas gdy ojciec ostrzył kosę, matka krzątała się po ogrodzie i rozkopywała kwiatki.
Wstałam i powolnym krokiem udałam się do łazienki. Tam doprowadziłam się do w miarę normalnego stanu.
Zajrzałam za okno i zauważyłam precyzyjne ruchy ojca podczas koszenia trawy.
Znów ogarnęło mnie to dziwne uczucie.
Przyglądałam się lśniącej kosie aż z moich rozmyśleń wytrącił mnie krzyk matki.
-Emeli zejdź tu do nas.- Krzyczała, gdy zauważyła sąsiadkę, jak wraz z synkiem bawi się na ogrodzie.
Nienawidziłam takiego zachowania z jej strony. To podłe pokazywać sztuczność naszej rodziny.
Zeszłam na dół przerażona skutkami nie posłuszenstwa.
Wyszłam na dwór, gdy nagle podbiegł do mnie sąsiad, o rok może dwa lata starszy.
-Cześć, jestem Daniel, może pójdziemy do parku się pobawić?- Zapytał rozpromieniony.
Spojrzałam na niego bez żadnych emocji. Następnie wzrok zawiesiłam na matce.
-Nie mogę.- Odparłam po chwili.
-Prooszę. Nie bądź taka. No chodź.- Błagał. W pewnej chwili podszedł do mojej matki.- Proszę Pani, czy mogę zabrać Emelyth do parku?
Już miałam wrażenie, że matka zamknie go w naszym domu i zrobi mu krzywdę. Ta jednak ze sztucznym uśmiechem odpowiedziała, że nie do niej należy decyzja.
Chłopiec lekko zawiedziony podbiegł do mojego ojca i z szerokim uśmiechem zadał mu to samo pytanie.
Ojciec niechętnie się zgodził. Daniel podbiegł do mnie i bez zawahania złapał mnie za rękę.
Pociągnął, przez co zmuszona byłam iść za nim.
Przez całą drogę zadawał mi różne pytania, jednak nie spieszno mi było na nie odpowiadać.

Gdy dotarliśmy już do parku, stanął naprzeciwko mnie i popatrzył mi w oczy.
Złapał za ręce.
-Emeli, nie musisz się bać, przy mnie nic Ci nie grozi.- Po czym przytulił się do mnie obejmując rękoma.
Stałam zdezorientowana. Czyżby coś mi groziło?
W pewnej chwili podbiegli do nas dwaj chłopcy, nieco starsi. Na oko mieli około 15-16 lat.
-Cześć smarki, co tu robicie?- Odezwali się. Daniel popatrzył na nich, ja jednak stałam bez ruchu.
-Odpowiadać, bo źle się to skończy!- Krzyknął jeden z nich.
Popatrzyłam na nich i już chciałam powiedzieć, żeby spadali, jednak Daniel mnie wyprzedził.
-Przepraszamy, jeśli coś wam zrobiliśmy, ja i moja koleżanka już sobie idziemy.- On był naprawdę miły. Jednak nie dla nich.
-Oni chcą nam uciec. Stew, nie możemy na to pozwolić.- Odparł drugi. Po chwili i bez zawahania, chwycili mnie jak i również mojego sąsiada za ręce i pociągnęli za las, do pewnej uliczki.
Tam jeden z nich szarpał mnie za włosy i kazał patrzeć jak ten drugi kopał i bił Daniela.
Szarpałam się, wolałam by to mnie skopali, jednak nie.
Powstrzymywałam łzy. Stałam bez żadnych emocji.
W pewnej chwili zauważyłam, że Daniel przestał się ruszać.
Po policzku spłynął mi strumyczek krwi co zauważyli chłopacy.
Jeden podszedł do mnie i strzelił mi plaskacza tak silnego, że prawie upadłam na ziemię.Milczałam.
Oni chcieli, bym zaczęła płakać. Bym powiedziała cokolwiek.
Dawało mi satysfakcję patrzenie jak trudzą się, bym cokolwiek powiedziała.
W pewnej chwili kopnęłam jednego z nich w krocze. Drugi się wystraszył i poluźnił ucisk. Wystarczyło bym mogła się wyrwać i uciec.
Biegłam przed siebie nie odwracając się w tył. Szybko pobiegłam do domu.
Nie zwracając uwagi na krzyki i wołanie mojej sąsiadki zamknęłam się w pokoju. Skuliłam w kącie i zaczęłam płakać.
To nie sprawiedliwe, co oni z nim zrobili.

Przez resztę dnia siedziałam w pokoju i zastanawiałam się, co zrobić.

Nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam w kącie pokoju.
Rano jednak obudziłam się na swoim łóżku..

Kilka dni później wszystko wróciło do normy.
Mój codzienny plan dnia się nie zmieniał.

Tym też sposobem minął mój 12 rok życia.

Dziś mam urodziny. 13 urodziny.
Postanowiłam coś zmienić.
Gdy ojciec był w pracy ja brałam właśnie prysznic.

Po 15 minutach wyszłam z kabiny i wytarłam się ręcznikiem. Założyłam stanik i bokserki. Do tego białe, bawełniane skarpetki.
Wbiegłam do pokoju i przyglądałam się moim bliznom. Były cudowne. Z każdym dniem ich przybywało.
Założyłam bluzę mojego brata. Była ogromna. Sięgała mi do połowy ud. Jakoś się w niej bardzo dobrze czułam, więc postanowiłam w niej chodzić.
Podeszłam do lustra. Przyjrzałam się  moim włosom. Były długie. Naprawdę bardzo długie.
Nie podobała mi się ich długość, dlatego podcięłam z lekka końcówki przez co teraz były idealne.
Ogarnęłam resztki włosów i zeszłam na dół.
Popatrzyłam na śpiącą już matkę i wyszłam bardzo cicho.
Na mojej liście widniał najpierw ojciec.
Wbiegłam do garażu w samych skarpetkach i wzięłam kosę ojca.
Z nią pobiegłam kawałek od naszego domu. Tak, przy lesie, którędy zawsze wraca ojciec postanowiłam na niego zaczekać.
Schowałam się za drzewem. Wzięłam kamień, by naostrzyć kosę.
Czułam wtedy nienawiść tak wielką, że nie mogłam jej ogarnąć.
Czekałam i czekałam, jednak ojciec się nie zjawiał.
Usiadłam więc zawiedziona, że jednak mi się nie uda.
W pewnej chwili z mojego prawego oka znów ciurkiem poleciała krew.
Nagle usłyszałam kroki.
Zajrzałam, by upewnić się, czy to mój ojciec. Nie myliłam się.
Wstałam więc i oczekiwałam,kiedy nadejdzie.




~~~~~~~~~~~~~~~~
No i jest r1.
Pozdrawiam.
~/Eme.

Prolog

Czy któryś z was, zniżył się do ich poziomu, by ich zrozumieć?
Zastanawialiście się kiedyś co czuje człowiek chory psychicznie ?
Każdy z was, w pamięci będzie szukał zdarzenia, by odpowiedź zabrzmiała ''tak''. 
Jednak mylicie się. Odpowiedź brzmi 'nie.'
Człowieku, nie zdajesz sobie sprawy, co przechodzi osoba z zaburzeniami psychicznymi. 
Co czuje owa osoba budząc się rano i kładąc spać w nocy?
Zastanawiać można się całymi dniami. Czy znajdziesz odpowiedź?


Przedstawię wam świat osoby pokrzywdzonej przez los oczami małej dziewczynki.

W jej oczach można znaleźć naprawdę zaskakujący obraz rzeczywistości. 


***

Dziś jest następny przeklęty dzień. 
Nazywam się Emelyth Rockbell i mam 10 lat. 
Od ponad dwóch lat ojciec wraz z mamą wyrządzają mi bardzo wielką krzywdę.
Boję się ich. Przez to straciłam nadzieję na lepszy świat.
Nie mam przyjaciół,z nikim się nie zadaję. Boję się ludzi.
Boję się, że ktoś znów mnie tak strasznie skrzywdzi.

Co dzień rano budzę się z nadzieją, że taty nie będzie dziś w domu. Jednak moja nadzieja pryska, gdy tylko słyszę kłótnię rodziców na dole.

Zazwyczaj spać kładę się zapłakana lub strasznie przestraszona.

Dziś było dość spokojnie. Wstałam rano, poszłam do łazienki i wzięłam prysznic. Wyszłam z kabiny i popatrzyłam w lustro. Znów nie podobał mi się ten widok. Zawinęłam się w ręcznik i udałam do pokoju. Założyłam bieliznę, w tym przypadku majtki i topik.  Na siebie zarzuciłam moje ulubione spodnie, dość obcisłe i luźną koszulkę brata, który się wyprowadził, zostawiając ubrania w domu.


Wzięłam mój mundurek szkolny, założyłam i spakowałam książki do plecaka. Znów nie miałam czasu na odrobienie lekcji.

 Zaczesałam długie włosy w kucyka i założyłam czapkę z daszkiem.

Jest 23 maja i w miarę ładna pogoda.

Zeszłam na dół, z nadzieją, że mojego ojca nie ma w domu. Jak też przypuszczałam, pojechał wcześniej do pracy.
-Cześć mamo.- Odparłam niepewnie, gdy zauważyłam krzątającą się matkę po pokoju.
-Witaj słoneczko, jak się czujesz?- Zapytała z tą swoją udawaną troską w głosie.
-Dobrze.- Oparłam i usiadłam do śniadania. Bardzo trzęsły mi się ręce. Byłam strasznie blada i słaba.

W pewnej chwili całkiem przypadkiem szturchnęłam szklankę i wylałam herbatę na talerz mamy. Strasznie się zdenerwowała. Podeszła do mnie szybkim krokiem i zaczęła szarpać w końcu zadała mi cios w twarz.

Spadłam z krzesła. Popatrzyłam na nią przerażona. Wstałam, założyłam buty i kurtkę i wybiegłam z domu.
Biegłam dość długo nie zatrzymując się ani chwili.
W końcu omijanie wychowania fizycznego dało o sobie znaki i musiałam się zatrzymać. Zmęczona powoli udałam się do pobliskiego parku i tam usiadłam pod najciemniejszym drzewem by odpocząć.
Brat zawsze powtarzał mi, że jeśli ktoś mnie skrzywdził  i chcę płakać, mam płakać, by widział jak bardzo mnie skrzywdził.
Była godzina 7:30. Lekcje zaczynają się o 8:00.
Otarłam łzy, poprawiłam czapkę i powoli poszłam w kierunku szkoły.
Bałam się, że ktoś zwróci na mnie swoją uwagę i będę musiała z nim porozmawiać.
Zawsze siedziałam sama i rozmawiałam ze sobą, lub milczałam. Nie uśmiechałam się od 2 lat. Mój wyraz twarzy był zawsze taki sam. Może zmieniał się tylko gdy płakałam.

Do szkoły dotarłam wcześniej niż powinnam. Mam jeszcze 20 minut do zajęć. Co by tu porobić.

Udałam się więc do biblioteki z nadzieją że zdążę zrobić choć trochę pracy domowej.
Usiadłam przed komputerem, włączyłam go i weszłam na internet.
Szukałam jakiegoś artykułu, który mógłby mi jakoś pomóc.
Znalazłam jedynie, że to, co robi mi ojciec nazywa się 'pedofilią' i jest karane. Bałam się jednak komukolwiek o tym wspomnieć. Nie rozmawiam z ludźmi.
Następny artykuł jaki znalazłam, był o samo okaleczaniu się.

Po lekcjach szybko pobiegłam do sklepu, miałam jakieś  drobne w kieszeni. Kupiłam żyletkę i pobiegłam do parku.

Podwinęłam rękaw bluzy i zaczęłam robić kreski. Bolało, jednak pomogło. Przestałam  choć na chwilę myśleć o ojcu i matce.
Szybko się ogarnęłam i udałam do domu, by aby nie zdenerwować rodziców.
Tam zamknęłam się w pokoju. Na telefonie weszłam na internet, podłączając się do sąsiadów. Poszukałam w internecie grafiki z samo okaleczania i znalazłam ich mnóstwo! Gdy ludziom nie starczało miejsca na rękach, robili kolejne kreski na nogach, brzuchu. Postanowiłam to przetestować.

Tak o to zaczęła się moja przygoda.





~~~~~~~~~~~~
Więc mam już prolog.
Jakoś jestem z niego zadowolona.
Pozdrawiam.
~/Eme.