piątek, 5 lutego 2016

Rozdział 10

Resztę dnia i całą noc spędziłam w łóżku. Co jakiś czas widziałam jak ktoś krząta się po moim mieszkaniu. Gdy odzyskałam siły zerwałam się z łózka i z butem w ręce ruszyłam do salonu, gdzie świeciło słabe światło.
Na środku pokoju siedział Dann otoczony moimi książkami.
-Co Ty tu do cholery robisz?- Zapytałam rzucając butem w kąt pokoju.
-Teraz? Odrabiam Ci lekcje na jutro.-Chłopak uśmiechnął się.
-Zostaw to, nie idę jutro. W ogóle więcej nie idę..- Zagryzłam wargę przypominając sobie słowa Kage'a.
-Olej tego chuja.. On nie jest wart tego, byś przez niego płakała.. Wiesz.. Nawet nie pamiętał zaklęcia.. Podstawowego zaklęcia by Cię uratować..-Dann wstał i zaczął zbliżać się w moim kierunku.
Spoglądałam w jego ciemne oczy cofając się w tył. Normalnie były ciemne, jednak teraz zauważyłam w nich po prostu czerń. Czarna czerń jak smoła, to mnie przerażało. Oparłam się o ścianę i patrzyłam na niego szukając czegoś do obrony w zasięgu dotyku.
Chłopak przywarł na mnie ciałem i zaczął całować mnie po szyi.
-Cholera! Jesteś taka seksowna..- Jego dłonie krążył po moim ciele..
-Przestań.. To się źle skończy..- Zagryzłam wargi..
-Kocham jak to robisz! Muahahahahha!- Chłopaka jakby opętało. Zachowywał się jak opętany zboczeniec, który w końcu dorwał swoją ofiarę. Opierałam się o ścianę próbując uspokoić.
Ja już nie byłam tą samą Eme, co kiedyś. Teraz umiałam się bronić, jednak moc, płynąca we mnie, przerastała mnie.
Zacisnęłam opuszki palców na ścianie i czekałam na jego ruch.
Napierał na mnie całym obleśnym ciałem, a jego dłonie zaczęły wędrować pod moją koszulkę..
Gdy zahaczył palcem o moją pierś, coś we mnie wybuchło. 
-Powiedziałam Ci, że masz mnie zostawić!- Po ścianie przeszedł demoniczny prąd.. W sumie taka nazwa nawet pasuje..
Moje oczy zrobiły się całkiem czerwone.. Na twarzy pojawiły się dziwne tatuaże(?) znaki(?) nie wiem jak to nazwać. Włosy zrobiły się jakby siwe.
Czułam się w pełni sił. Jednym ruchem, nie.. wzrokiem potrafiłam go zabić..
Chłopak się przeraził.. Zaczął uciekać, co bardzo mnie bawiło..
Wybiegł z mojego domu a ja wyszłam za nim. Wokół mojego ciała czułam dziwną energię, po chwili z prawego oka ciurkiem sączyła się krew. Zlizałam ją z ust i uspokoiłam się, gdy chłopak był już wystarczająco daleko.. 
Wiedziałam, że moje istnienie ma coś związanego z Lucyferem. Czułam go.
Do rana kręciłam się w łóżku starając choć na chwilę usnąć.
Wtedy usłyszałam budzik..
Wyłączyłam go i ujrzałam w drzwiach Raquel z kosmetyczką i zestawem fryzjerskim w dłoniach. Bez słowa powędrowałam do łazienki, gdzie ta doprowadziła mnie do normalnego stanu. Gdy ona zniknęła, zabrałam się za śniadanie, którego i tak nie zjadłam. Spakowałam kilka książek i wyszłam z domu strasznie zmęczona. Powędrowałam w kierunku szkoły, gdzie nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.
Gdy przeszłam przez szkolną bramę, poczułam się fatalnie. Coś zaczęło kłuć mnie w sercu i czułam, że się duszę.
Nie zwracając uwagi na dolegliwości ruszyłam w stronę szkoły. Wyjęłam gumy, które wczoraj dał mi Dann. Wzięłam jedną z nich i zaczęłam rzuć.
Wtedy w oddali ujrzałam Kage'a, jak widać pewnym krokiem zmierzającego w moim kierunku. Obejrzałam się za siebie, jednak żadnej laseczki nie było na horyzoncie.. 
Wtedy podbiegł do mnie Jack i zaczął się do mnie przystawiać.
-Heeeeeej Eme! Co tam u Ciebie? Jak Ci minął wczorajszy dzień?- Zaczął mnie wypytywać. Wtedy zauważyłam zdenerwowanego Kage'a.
-Jest ok.- uśmiechnęłam się sztucznie i ruszyłam przed siebie. Wtedy Jack podbiegł przede mnie i szedł tyłem przyglądając się mojej zdenerwowanej twarzy.
-Zaraz zrobisz sobie kuku.- Zaśmiałam się widząc całkowicie wyluzowanego chłopaka.
Tak jak się spodziewałam, chłopak potknął się o chodnik (?) albo swoje buty, nie wiem, ale złapał mnie za rękę, przez co wylądowałam na nim, w totalnie dziwnej pozycji. Jego ręce wylądowały na moim tyłku, a nasze usta się złączyły.
Jak oparzona wstałam, rzucając na niego mordercze spojrzenie. Powędrowałam w kierunku szkoły, jednak chłopak nadal leżał na chodniku totalnie zaskoczony zaistniałą sytuacją.
Przystanęłam przy drzwiach przyglądając się zdenerwowanemu Kage'owi, jednak to, co działo się chwilę później, totalnie mnie zaskoczyło.
Kage całkowicie zdenerwowany podszedł do Jack'a łapiąc go za koszulkę. Podniósł go do góry i zaczął coś do niego mówić. Podbiegłam bliżej, jednak nie na tyle blisko, by mnie zauważyli.
-Odpierdol się od niej w końcu!- Krzyczał.
-Przecież Ty i tak olewasz ją dla tych suk, a ja nie chcę by znów była sama.- Śmiał się Jack, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy w jakiej sytuacji się znajduje.
-Zamknij się!- Kage wymierzył cios, jednak ktoś uniemożliwił mu uderzenie chłopaka. Tak, wtedy pojawił się Jeff jakby nigdy nic.
-Oboje jesteście puści. Przecież to zwykła szmata, która zaraz wam się znudzi, wtedy dajcie mi znać, pocieszę ją i będzie moja.
Kage był niemal w stanie furii.
Jeff śmiał się, a Jack cieszył, że w końcu posmakował moich ust.
Tłum, zgromadzony wokół był naprawdę ogromny.
Przepychałam się przez wszystkich, starając pozostać niezauważoną. 
-Jej tu i tak niema, bądźmy szczerzy.- Zaczął Jeff rozglądając się zadziornie po tłumie.- Ja i tak wygram nasz zakład. To ja pierwszy skończę z nią w łóżku, więc możecie mi już zapłacić.- Zaśmiał się a tłum zrobił coś w stylu ''wielkie WOO''..
Wtedy ktoś wypchnął mnie z tłumu, przez co upadłam tuż pod nogami chłopaków.
-Idiota..- Szepnęłam pod nosem, spoglądając to z Jeff'a na Jack'a, to z Jack'a na Kage'a i tak w kółko.
W każdego oczach widziałam co innego.
Jeff- totalnie wyjebane.
Jack- totalne szczęście.
Kage- totalne zakłopotanie..
O co tu chodzi?


Jest next!

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 9

Następnego dnia obudziła mnie Raquel nerwowo kręcąc się po moim domu.
-Zaraz się spóźnisz! Dzisiaj ja Cię zaprowadzę do szkoły, będzie szybciej. jutro radź sobie sama!-Krzyczała szukając w łazience kosmetyczki.
Wstałam leniwie z łóżka i udałam się w stronę jej głosu, by jakoś doprowadziła mnie do porządku.
W mgnieniu oka zrobiła mnie na bóstwo, wciąż poprawiając śnieżnobiałe włosy.
-Jeju, kocham Twoje włosy!- Uśmiechnęła się pojawiając się obok mojej szafy.
Te jej wiedźmie moce robią się już uciążliwe.
Rzuciła we mnie szkolnym mundurkiem, który nie wiem jakim cudem znalazł się w mojej szafie.
Przyjrzałam się ubraniu i leniwie je na siebie założyłam.
W tym czasie Raquel schowała do mojej torby wszystkie potrzebne na dziś książki i przygotowała śniadanie. Była na prawdę kochana.
-Nie musiałaś tego robić, wiesz o tym prawda?- Odparłam pijąc ciepłe kakao.
-Wiem, ale sama nigdy byś się nie wyszykowała w 10 minut.- Zaśmiała się przygotowując krąg do teleportacji.
Gdy skończyłam poranny posiłek schowałam do plecaka mój breloczek, zarzuciłam na siebie pelerynę i zaciągnęłam kaptur na twarz.
Nie lubiłam być w centrum uwagi.
A teraz, jestem nową uczennicą. To najgorsze, co mogło mnie spotkać.
Raquel popsikała mnie perfumami i wręczyła do ręki list od dyrektora. Następnie zakluczyła moje mieszkanie, upewniła się czy wszystko jest ok i teleportowałyśmy się.
***
Szkoła, do której miałam zacząć chodzić była na prawdę ogromna. Od razu można się domyślić, że należy do Lucyfera. W końcu brama wejściowa jest przyozdobiona w mroczny sposób, klimat szkoły też jest dość mroczny.
Przeszły mnie ciarki, po czym przekroczyłam bramę szkoły i przypomniałam sobie wszystkie wspomnienia ze szkołą. Wykrzywiłam usta w grymas i za Raquel ruszyłam do pokoju dyrektora po mój nowy plan i klucz do szafki.
Zza kaptura wyłaniały się tylko końcówki śnieżnobiałych włosów, co bardzo dziwiło wszystkich zgromadzonych.
Przyglądali się seksownej Pani Wicedyrektor i nowej uczennicy, podążającej za nią.
Podniosłam delikatnie głowę, by cokolwiek zobaczyć, wtedy ujrzałam jego.
Stał w gronie dziewcząt, które zapewne dostawały orgazmu na każdy jego nawet najgorszy żart.
Przytulały się do niego i traktowały jak Boga.
Zacisnęłam pięść. Już wiem, co oznaczał ten sms.
A to podła świnia!
Pomyślałam, że ja też pokażę, na co mnie stać.
Zdjęłam kaptur i wyprostowałam się, kierując wciąż za Raquel. Usłyszałam ciche szepty dotyczące mnie.
''Kim ona jest? ''
''Jaka ona jest ładna''
''Pewnie jest sztuczna''
''To chyba ta nowa''
''Oby miała ze mną lekcje''
Uśmiechnęłam się zadziornie i spojrzałam na Kage'a, który aż gotował się ze złości.
Weszłam przez ogromne drzwi do środka budynku szkoły i wtedy mną wstrząsnęło. Było tam znacznie więcej ludzi niż na zewnątrz i coraz więcej plotek.

Gdy dotarłyśmy do pokoju dyrektora, przed jego drzwiami czekał Jack, skacząc z radości na mój widok.
Podbiegłam do niego i przytuliłam go, co on odwzajemnił.
Był najmilszą osobą jaką w życiu spotkałam, na prawdę go polubiłam.
-Wchodź do środka, ja będę czekał tutaj.
Kiwnęłam głową i wcześniejszym zapukaniem weszłam do pokoju dyrektora szkoły.
Jak się okazało był nim Lucyfer, Pan Piekieł.
Usiadłam na królewskim krześle naprzeciwko jego krzesła.
Lucyfer podniósł głowę i uśmiechnął się.
-No proszę. Eme z Aylsham tutaj.Toż to niespotykany widok.- Mężczyzna kręcił długopisem między palcami, po chwili zapisał coś w papierach i wręczył mi klucz do szafki i plan zajęć.
Wyszłam bez słowa i razem z Jack'iem ruszyliśmy do klas, gdzie odbywały się nasze zajęcia. Chłopak odprowadził mnie do mojej sali i sam pobiegł, by zdążyć na swoje zajęcia.
Weszłam do klasy, gdzie lekcja już się rozpoczęła.
Znów zwracałam na siebie uwagę, eh.
-D..Dzień dobry. Przepraszam że przeszkadzam.- Przewróciłam oczami.
-Ty pewnie musisz być nową uczennicą, pierwszy raz widzę tak białe włosy!
Staruszek przyglądał mi się z zaciekawieniem.
-Przedstaw się dziecinko i usiądź gdziekolwiek chcesz.
-Em.. No.. Jestem Eme.- Poprawiłam włosy spadające mi na twarz i spojrzałam po klasie, gdzie jest wolne miejsce.
Usiąść z Kage'm, jakimś plastikiem, czy jakimś emo-ziomem.
Emo-ziom wygrywa.
Powędrowałam na sam koniec klasy i spojrzałam na chłopaka.
-Hey, tu wolne?- Uśmiechnęłam się delikatnie, jednak chłopak nawet na mnie nie spojrzał.
-Ta, siadaj.
Usadowiłam się na krześle i wyjęłam potrzebne podręczniki. Otworzyłam na tej samej stronie co chłopak i starałam się cokolwiek dowiedzieć z lekcji.
-Bawiłam się długopisem w taki sam sposób jak robił to Lucyfer, co od razu zauważył mój ''nowy kolega''.
Przyjrzał mi się uważnie a gdy ja również spojrzałam na niego, skrępowany napisał do mnie liścik.
Otworzyłam go i zaczęłam czytać.

Emo-ziomek : Jeśli chcesz, mogę Cię nauczyć wszystkiego, co potrzebna na sprawdzian.
Odpisałam mu, że z miłą chęcią, gdyż niczego nie rozumiem.

Widziałam, jak Kage spogląda na nas zdenerwowany.
Chłopak podał mi rękę i przedstawił się.
-Jestem Dann, a Ty?- uśmiechnął się.
-Eme- odwzajemniłam uśmiech.

Resztę lekcji przegadałam z chłopakiem, starając się jak najlepiej go poznać.
Gdy zadzwonił dzwonek spakowałam się i wyszłam z sali razem z chłopakiem, gdzie spotkałam już Jack'a, czekającego na mnie.
Chłopacy bez słowa się wyminęli a Jack pociągnął mnie za rękę prowadząc pod następną salę.

Przez resztę dnia myślałam, czy są jeszcze jakieś zajęcia, które spędzę razem z nowo-poznanym kolegą.

Nadeszła ostatnia lekcja.
Spojrzałam na listę dostępnych profesji i wciąż zastanawiałam się, do jakiej się zapisać.
Tak jak podpowiedziała mi Raquel, postanowiłam dołączyć do Zabójców.
Udałam się do szatni, gdzie narzuciłam na siebie krótkie czarne spodenki i wiśniową koszulkę. Ta, to właśnie był strój ''na wf''.
Spięłam włosy w koka w nieładzie i chowając breloczek do kieszeni ruszyłam na boisko, gdzie miały odbywać się zajęcia.
Ujrzałam, że na boisku stoją sami faceci, żadnej dziewczyny.
Jack, gdy tylko zauważył, że zbliżam się do ich zgromadzenia, wybiegł mi naprzeciw i uśmiechnął.
-Hej, wiesz że nie musisz tak za każdym razem po mnie wybiegać, dam sobie radę sama.- Uśmiechnęłam się niepewnie i dołączyłam do reszty chłopaków.
Prawie cała grupa była podekscytowana, że w końcu dołączyła jakaś dziewczyna.
Tylko jednej osobie się to nie spodobało.

Całe zajęcia minęły dość przyjemnie, trener był dla mnie bardzo miły i starał się nauczyć mnie jak najwięcej.
Tak jak się spodziewałam, jako jedyna walczyłam z tak ogromną i ciężką bronią co nawet zdziwiło samego psorka.
Po zajęciach kierowałam się w stronę szatni, gdzie chciałam wejść pod prysznic, i wrócić do domu jak najszybciej.
Po drodze jednak, w małym korytarzu zatrzymał mnie Kage przyciskając do ściany.
-Co ja Ci powiedziałem?! Miałaś tu nie przychodzić!- Patrzył na mnie z nienawiścią w głosie.
-Przecież nie odezwałam się do Ciebie przez cały dzień, a tutaj nie ma żadnych Twoich koleżanek, które widziałyby, że zajmujesz się kimś innym niż nimi!- Krzyknęłam. Miałam go dość, po jednym dniu, jednak to za wiele.
-Wypisz się z tych zajęć! Natychmiast!- Chłopak zacisnął swoje ręce na moich ramionach, przez co prawie nie jęczałam z bólu.
-Ałć Kage, to boli! Zostaw mnie! Co ja Ci takiego zrobiłam, że tak mnie nienawidzisz!- Łzy pchały mi się do oczu.
-Wiesz co?! Przychodzisz tu, gdzie udało mi się osiągnąć cokolwiek, machasz swoim zgrabnym tyłkiem i wszyscy nagle zwracają uwagę tylko na Ciebie. Dodatkowo, zapisujesz się na zajęcia dla chłopaków, żeby zwrócić na siebie pierdoloną uwagę! Ogarnij się dziewczyno!- Krzyczał na mnie. Szarpał i tarmosił. Spuściłam głowę, pozwoliłam na dalsze traktowanie mnie jak popychadło.
-Jutro już mnie tu nie zobaczysz..- Szepnęłam pod nosem i uwolniłam się z jego uścisku, zamykając się w szatni.
Bez wcześniejszego prysznica przebrałam się w mundurek, założyłam pelerynę, zaciągnęłam kaptur i wybiegłam z szatni jak poparzona.
Po drodze szturchnęłam się z Kage'm ramieniem, jednak nie zatrzymałam się, nie przeprosiłam, nie zrobiłam nic, po prostu pobiegłam dalej.
Wybiegłam z budynku szkoły, następnie biegłam dalej przez szkolny plac, by jak najszybciej uwolnić się z tej przeklętej budy!
Wiedziałam, że to będzie zły pomysł! Wiedziałam, że coś pójdzie nie tak!
Ale żeby tak od razu w pierwszy dzień?!
-Dopiero, gdy straciłam szkołę z pola widzenia, zwolniłam zadyszana i usiadłam pod drzewem.
Skuliłam się i zaczęłam płakać.
Znowu jestem traktowana jak śmieć, jak popychadło.
Gdy już myślałam, że wszystko będzie dobrze, że wszystko ułoży się na nowo, coś musiało się zjebać.

*Z perspektywy Kage'a*
W tym stroju, wyglądała nieziemsko. Jednak, te zajęcia są do szkolenia naszych umiejętności, a nie popisywania się tyłkiem czy nogami.
Ta dziewczyna działa na moje zmysły jak światło na ćmy.
Czekałem pod jej szatnią, by powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, jednak widząc ją, skoczyło mi ciśnienie. To jakoś tak wyszło. Nie chciałem na nią krzyczeć, nie chciałem zrobić jej krzywdy.
Zdenerwowany waliłam w ścianę z pięści ile tylko miałem siły.
Zjebałem wszystko.
Wiedziałem, jaką miała przeszłość a mimo to, pozwoliłem, by przeżywała wszystko od nowa.
Ma słabą psychikę. Na pewno coś sobie zrobi.
Jaki ze mnie idiota!
Jeśli ona zrobi sobie krzywdę z mojej winy, nie wybaczę sobie tego! Nigdy!
Zerwałem się z miejsca i pobiegłem w stronę jej domu, na pewno tam pobiegła, zapewne chciała się schować, płakać i być sama.
W Końcu jest taka, jak 5 lat temu, nie zmienia się w ogóle.
Biegłem przed siebie nawet nie patrząc w tył.
Musiałem ją dogonić, przeprosić, porozmawiać z nią!
Na horyzoncie zauważyłem blask. To kosa Eme!
Przyspieszyłem kroku i zauważyłem ją. Siedzącą pod drzewem z zakrwawionymi rękoma.
Blado się uśmiechała, rozglądała na pół przytomna.
Podbiegłem do niej zaciskając jej ręce.
Jak leciało to zaklęcie.
Jak ono leciało!
Dlaczego go nie pamiętam!
-Daj spokój Kage, to na nic.- Zaśmiała się.- Idź sobie, daj mi spokój!
Płakała.
Wiedziałem, że płakała! Śmiała się przez łzy!
Co ja najlepszego zrobiłem..
-Eme, posłuchaj uważnie! Jeśli teraz umrzesz, nie wybaczę Ci tego słyszysz! Nie wybaczę!- Ja sam miałem ochotę popłakać się jak mały chłopiec, wtulić w suknię matki i przeczekać, aż wszystko minie. Jednak teraz, to ja muszę wziąć sprawy w swoje ręce i naprawić wszystko.
-Eme, słyszysz mnie?!
-Demario, rasari kaname!- Usłyszałem zaklęcie. Ręce Eme przestały krwawić. Odwróciłem się i zobaczyłem Dann'a.
Uznałem, że nic tu po mnie.
W końcu, to ja wszystko spierdoliłem. Nie pamiętałem nawet zaklęcia by ją uleczyć.
Uciekłem.
 Dlaczego? Sam nie wiem.




[*]
Jest 9 c:

sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 8

Przez kolejne dni mieszkałam razem z Raquel, która nalegała, bym  została u niej. Często majsterkowała z moimi włosami, robiłam śmieszne fryzury, jak i boskie makijaże.
Chłopacy nie odzywali się do mnie ani słowem, tak jakbym w ogóle ich nie znała.
W sumie, to nawet i dobrze, nie musiałam znosić Jeff'a.

Wreszcie nadszedł dzień moich urodzin. Od samego rana słyszałam, jak Raquel krząta się po kuchni, radosna podśpiewuje i przygotowuje zestaw do makijażu.
-O! Wstałaś! Szybko, siadaj tutaj!- pociągnęła mnie za rękę, sadzając na małym krzesełku.
Wymalowała mnie, zrobiła mi włosy i dobrała ubrania.
Czarne rurki, do tego koszulka z białym krzyżykiem i skórzana, czarna kurtka. Na nogi założyłam czarne trampki.
All black jeej!
Co jakieś 20 minut ktoś pukał do jej drzwi, to składając mi życzenia, to przychodząc jako klienci.
W sumie nie znałam tych ludzi, ale to było uprzejme i miłe z ich strony.
Poprawiłam kolczyk w nosie, który założyła mi Raquel i wyszłam z jej domku, by pospacerować.
Związałam włosy w kucyka, podwinęłam rękawy i ruszyłam przed siebie, by trochę pozwiedzać okolicę.
Rozmyślałam o tym, co działo się przez ostatnie dni. Ci ludzie, zrobili dla mnie tak wiele, a ja w tym kierunku nie zrobiłam nic.
To dziwne. Byłam nauczona tylko stać, patrzeć i płakać, lecz teraz? Mogę tylko płakać z radości.
A może oni mają jakieś ukryte cele?
-Hej!- krzyknął Jack zeskakując z drzewa. Wylądował tuż przede mną.
Zdjął swoją maskę i uśmiechnął się.
-Jejku cześć! Wystraszyłeś mnie..- wydukałam próbując uspokoić rytm serca.
-Wybacz! W ogóle, wszystkiego najlepszego- znów się uśmiechnął.- Mam dla Ciebie kilka prezentów. Chcesz zobaczyć?
Zatkało mnie. Ktoś.. Ma.. Dla.. Mnie.. Prezent.. Urodzinowy..
Chłopak pociągnął mnie za sobą i wyprowadził do małego miasteczka, w sumie takiej leśnej oazy. Pełno domków na drzewach, ustawionych na różnych wysokościach. I jeszcze więcej mostów, lin i drabin prowadzących do nich!
-Tu jest świetnie!- Krzyknęłam podekscytowana.
-To jest właśnie nasze małe miasteczko. Tu mieszkają wszyscy... No.. Tacy jak my! A właściwie jest to tylko przykrywka, bo wszyscy mieszkamy u Lucyfera.
-Co?- spojrzałam na niego.
-Nieważne, to kiedy indziej, chodź.- Jack pociągnął mnie za rękę prowadząc na szeroki most,prowadzący do domku ustawionego najniżej. To właśnie jego domek. Przełknęłam ślinę i weszłam przez drzwi do jego mieszkania.
Ujrzałam mały prezent, duży prezent i dwa średnie.
No chyba nie!
Chociaż, możliwe nie wszystkie są dla mnie!
-No wybieraj, który!- chłopak zaśmiał się puszczając moją rękę.
Podeszłam do prezentów i zastanowiłam się chwilę.
-To ja wezmę ten najmniejszy.- uśmiechnęłam się.
Chwyciłam małe pudełeczko i delikatnie odwiązałam wstążkę. Otworzyłam kartonik a w środku ujrzałam złoty wisiorek z literką E.
Spojrzała zszokowana na Jacka, zamknęłam pudełko i odłożyłam na bok.
Podeszłam do niego i  mocno przytuliłam.
-Dziękuję! Na prawdę, nie musiałeś.- uśmiechnęłam się do niego i poprosiłam by założył mi prezent do razu, co chłopak wykonał.
Kierowałam się w stronę drzwi, co mocno zdziwiło bruneta.
-Hej hej! Gdzie Ty idziesz? A reszta?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Przecież mój jest tylko jeden.. Prawda?- Jack złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie i zaśmiał się uroczo.
-Mylisz się, wszystkie są Twoje.
Przełknęłam głośno ślinę i chwyciłam za jeden z średnich prezentów.
Odwiązałam wstążkę i otworzyłam kartonik.
Zawartością był długi, czarny płaszcz z kapturem.
Zawsze taki chciałam!
Od razu go wyjęłam i przymierzyłam. Był trochę za długi, ale to nic.
-Jejku, dziękuję! Zawsze taki chciałam!
- Cieszę się,że Ci się podoba. No, zostały dwa prezenty, otwieraj!
Znów wzięłam średni. Otworzyłam i ujrzałam misia.
Zwykłego pluszowego misia.
-Miś?- Zdziwiłam się jednocześnie uśmiechając.
-W dzieciństwie nigdy takiego nie miałaś, więc czemu byś nie mogła go dostać teraz, malutka.- Jack zaśmiał się a ja patrzyłam na niego jak mały, rozzłoszczony szczeniak.
-Wcale nie jestem mała!
-Jesteś!
-Wcale nie!- Naburmuszyłam się.
-Słodka jesteś kiedy się złościsz. A teraz został Ci tylko jeden prezent, otwórz.
Prychnęłam na niego i chwyciłam duży prezent.
Był dość ciężki, więc chłopak go przytrzymał, a ja zajrzałam do środka.
Zestaw pościeli(?)
-Pościel? A po co mi pościel?
Na twarzy chłopaka widziałam zakłopotanie.
-Am, em. No bo.. Bo nie masz na czym spać prawda? Łóżko zawsze się znajdzie, a ciepła pościel też jest potrzebna!- Chłopak położył mój ostatni prezent na stoliku i przybliżył się do mnie.
-Wiesz, jest jeszcze jeden prezent. Tylko, musisz zamknąć oczy.- Chłopak patrzył w moje tęczówki i przygryzł delikatnie swoją dolną wargę.
Zdziwiłam się. O co chodzi?
Zamknęłam oczy tak jak mi kazał i nagle usłyszałam trzask drzwiami.
Wyszedł! Zostawił mnie samą!
Nie otwierałam oczu, by móc jak najlepiej wsłuchać się w odgłosy otoczenia. Kroki.. Coraz głośniejsze.. Otwieranie drzwi i trzask.. Kroki zbliżania się do mnie..
Wszystko pamiętam.. On też tak przychodził..
i wypowiadał dokładnie to samo zdanie..
Niski, męski głos wypowiadał moje imię..
-Emelyth..- Nie wytrzymałam. Otworzyłam oczy i ujrzałam, jak przede mną stoi Jeff.
Łzy cisnęły mi się do oczu, byłam niespokojna, czułam się niekomfortowo.
Zaciskałam pięści, nerwowo kręciłam się w miejscu. Chyba to zauważył, bo zmienił ton i mówił dalej.
-Spokojnie, nie przerucham Cię na tym stole, więc się nie bój.-Po chwili się zaśmiał.I kontynuował.
-Wiem, że masz dzisiaj swoje urodziny i też mam dla Ciebie prezent.
Po czym podał mi kopertę.
Niepewnie ją chwyciłam, bacznie go obserwując.
-To ja Cię zostawiam, a Twój kochaś do Ciebie wróci. Dobranoc!- Po czym wyszedł..
Nie wiedziałam o co chodzi, bałam się zajrzeć do koperty i po prostu wcisnęłam ją do tylnej kieszeni spodni.
Rozglądałam się po domu zaciągając kaptur od płaszcza. Zerknęłam na zegarek. To już tak późno! Wybiegłam z jego domu kierując się w stronę domku Raquel.
Po drodze wpadłam na kogoś znacznie wyższego i lepiej zbudowanego ode mnie.
Spojrzałam w górę widząc twarz Jai'a a raczej Kage'a.
-O hej!- Odsunęłam się od niego. Widziałam, że był zakłopotany.
-H..Hej! Mam coś dla Ciebie..I w ogóle.. Najlepszego!-Uśmiechnął się.
-Dziękuję.- Odwzajemniłam uśmiech.
Chłopak podał mi cztery małe prezenty.
-Otworzyć teraz?- Spojrzałam na prezenty, później na chłopaka.
-Jeśli masz ochotę.- Wzruszył ramionami.
Otworzyłam po kolei każdy prezent i ujrzałam.
Kluczyk z zawieszką domku.
Perfumy drogiej marki.
Breloczek z kosą.
Telefon.
Spojrzałam na chłopaka. Wszystkie prezenty baaardzo mi się podobały.
Dodatkowo Kage dał mi plecak, bym mogła te prezenty do niego schować.
Schowałam do środka i założyłam plecak na plecy.
Uśmiechnęłam się dając Kage'owi buziaka w policzek.
-Są świetne! Dziękuję! A teraz przepraszam, muszę lecieć!- Po czym szybko go wyminęłam i pobiegłam w stronę mieszkania Raquel.
Chłopak coś do mnie wołał, jednak nie usłyszałam, byłam już dość daleko od niego.
***
Gdy dobiegłam do mieszkania Raquel rozpuściłam włosy, poprawiłam je i wzięłam głęboki wdech.
Wiedziałam, że nie lubi, gdy je niszczę w gumce.
Weszłam do góry i zapukałam. Otworzyła mi Raquel wpuszczając do środka.
-I jak tam prezenty?- Zapytała.
Wymieniłam wszystkie dokładnie pokazując, na końcu pokazałam list i dodałam, że to od Jeff'a.
Dziewczyna dokładnie mu się przyjrzała, zaśmiała się pod nosem i z powrotem wręczyła list.
-Co jest? Co się dzieje?- Byłam zdezorientowana.
Raquel powstrzymując śmiech, próbowała mi wyjaśnić, że Jeff zapisał mnie do szkoły, w której ona jest wicedyrektorką. Wspomniała też, że słyszała o nadchodzącym nowym uczniu, ale nie wiedziała, że będę nim ja.
Gdy tylko usłyszałam słowo szkoła, ogarnęły mnie mieszane uczucia.
Już kiedyś byłam w szkole.. Nie chcę tam wrócić!
Szkoła jest okropna..
-Spokojnie, to szkoła dla takich jak my! Hej!
Patrzyłam na nią wciąż z wielkim znakiem zapytania na twarzy. Chciałam więcej wyjaśnień.
Raquel zaczęła od opowieści, kto ma prawo chodzić do takiej szkoły, potem opowiedziała mi wszystkie śmieszne jak i tragiczne sytuacje, na sam koniec powiedziała, że bardzo lubi tą szkołę i ma nadzieję, że się w niej odnajdę.
Spojrzałam na list, przełknęłam ślinę i otworzyłam go.
Po przeczytaniu treści dowiedziałam się, że zacznę tam chodzić od najbliższego poniedziałku, czyli już za dwa dni.
Zmartwiłam się, Co z książkami etc?
-Raquel.. Ale ja nie mam książek ani nic..- Spojrzałam na nią zdołowana.
Wtedy ona wyciągnęła z buta podłużny kijek, machnęła nim kilka razy, wtedy na moich kolanach pojawiły się wszystkie potrzebne materiały do tej szkoły.
Przeraziłam się jeszcze bardziej.
Za dużo!
-Hej! Pamiętaj, musisz do poniedziałku wybrać, na jakie zajęcia chcesz chodzić.- Zaśmiała się.
-Hę?- Nie wiedziałam o co chodzi. Jakie zajęcia, po co, na co, gdzie i jak?
-W szkole kształci się różne.. hm.. jakby to.. o wiem!.. profesje! tak! do wyboru jest ich dość dużo.
Wojownik, Łucznik, Mag, Kapłan, Strażnik, Zabójca i Nauczyciel. Musisz wybrać jedną z nich, którą będziesz szkolić.Tobie polecam Zabójcę, bo bardzo się do tego nadajesz!
Spojrzałam na nią i pokręciłam przecząco głową.
-Przecież ja nic nie umiem!- Spuściłam głowę.
Raquel uśmiechnęła się zadziornie i zaśmiała.
-A ja znam kogoś, kto Ci w tym pomoże, nawet 3 osoby!- Spojrzałam na nią i od razu wiedziałam, kogo ma na myśli.
-Niee! Nie chcę tam chodzić z nimi! Proszę, tylko nie to!
Raquel wzruszyła rękami.
-Może lepiej jedźmy zobaczyć Twoje mieszkanie!-Zachęciła.
-No dobrze..
Wyszłyśmy z jej mieszkania i spojrzałam wokół siebie.
-Tak właściwie, to gdzie mamy iść?
Raquel chwyciła klucz i zacisnęła mocno w dłoni. Przez nią przeszedł jakiś dreszcz. Po chwili uśmiechnęła się i ciągnąc mnie za rękę pokierowała w stronę mojego nowego mieszkania.Udałyśmy się do tej samej wioski co wcześniej, jednak tym razem kierując się na samą górę, gdzie przeszłyśmy przez portal, prowadzący do podziemia Lucyfera.
Rozglądałam się chwilę, byłam zszokowana.
Wtedy właśnie ujrzałam, że piekło, które widziałam wcześniej to tylko zła strona. Ta, była pełna zieleni, kolorowa.
Czy to aby piekło?
Raquel po chwili się zatrzymała, ukazując przed nami mały, hobbici domek.
-Nie może być!- Zaśmiała się.- Masz lepszy dom od mojego!
Rozejrzałam się wokół. Było tutaj jak w przyszłości..
Pełno podziemnych a jednocześnie powietrznych pociągów, kilka magicznych, latających maszyn, windy, normalne maszyny!
-Woow!- Wydukałam.
-Zobaczmy Twoje mieszkanie!- Raquel klasnęła w dłonie i powędrowała w stronę mojego domu.
Gdy weszłyśmy do środka i zachwyciłyśmy się jego wnętrzem, ona stanęła na środku i uśmiechnęła się do mnie.
-Jak go urządzimy?
-Nowocześnie!- Wypaliłam. Jednak..
Skąd ja wezmę pieniądze na to wszystko? O jejku..
Raquel znów wyjęła swoją różdżkę i machając nią kilka razy wyczarowała całe, nowoczesne wyposażenie dla mojego domu, jednocześnie teleportując tu wszystkie należące do mnie rzeczy.
Wszystko było na swoim miejscu, gotowe do użytku.
-No cóż, ja już muszę iść i zostawiam Cię samą! A, i tu masz adres szkoły, wpadnę do Ciebie w poniedziałek rano i zrobię Ci makijaż i włosy! To pa! -Wtedy zniknęła.
Zostałam sama w moim domku zupełnie nie wiedząc co ze sobą zrobić.

Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
Zestresowałam się i szybko do nich podeszłam, jednak zanim otworzyłam, zajrzałam przez dziurkę by upewnić się, kto to.
Był to Kage.
Otworzyłam wpuszczając go do środka.
-Hej! Szukałem Cię wszędzie! Powiedz, używałaś już breloczka?-Chłopak próbował złapać oddech.
-Hej.. Nie, a coś się stało?- Zdziwiłam się.- Poza tym, dziękuję za mieszkanie, Na prawdę, nie trzeba było..
-Daj mi breloczek! Szybko!- Chłopak spoważniał.
Wyjęłam breloczek z plecaka podając mu, a on odbezpieczył przycisk, który się tam znajdował. Chwila, był tam przycisk! Wowowowo.
-Naciśnij.- Odparł rzucając mi breloczek.
Tak jak kazał, zrobiłam. Jednak momentalnie się zdziwiłam.
Breloczek urósł do ogromnych rozmiarów, stał się ciężki, ostry i niebezpieczny.
-Co to ma znaczyć?- Spojrzałam na niego przerażona. Upuściłam narzędzie całkiem zdezorientowana.
-To Twoja broń, musisz jakąś mieć, w końcu tutaj możesz w każdej chwili zginąć.
-Ale ja nie umiem się tym posługiwać..- Odparłam podnosząc kosę.-Poza tym, jest za ciężka.
Chłopak wziął ode mnie kosę i zaczął nią machać.
-Masz rację. ale spokojnie. Nauczysz się.
Znów nacisnął przycisk, a ona zamieniła się w breloczek, który potem podał mi.
-Dziękuję.- Uśmiechnęłam się.
-Za co?
-Za prezenty.. To dla mnie bardzo ważne,. Dziękuję.- wydukałam wzruszona.
-Ta, spoko..
Poczułam, że chłopakowi coś jest.. Był niemiły.. Zły.. Zdenerwowany.. Zlewał mnie..
-Czy coś się.. stało?- Podeszłam do niego i patrzyłam mu w oczy.
-Co Cię to interesuje! Odwal się.- Chłopak odepchnął mnie z ogromną siła. Upadłam na tyłek. Wystraszyłam się.
Chłopak spojrzał na mnie z pogardą i wyszedł bez słowa.
Leżałam na ziemi jeszcze chwilę, potem wstałam zajęłam się domem.
Tak minęła reszta moich urodzin i cała niedziela.
Pod wieczór położyłam się do łóżka po wcześniejszej kąpieli. Bardzo bolało mnie jego zachowanie.
Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi.
Gdy już zasypiałam, dostałam wiadomość.
Odczytałam ją.

Nieznany numer: A, i pamiętaj, w szkole się nie znamy, najlepiej jakbyś nie szła na Zabójcę i w ogóle, unikaj mnie. Narson, Kage.

Zastanawiałam się pół nocy co oznacza ta wiadomość, jednak w ogóle nie wiedziałam co o tym myśleć. Zapisałam tylko jego numer i próbowałam zasnąć.
W końcu jutro zacznie się mój nowy start.




[*]
Jest 8!


piątek, 30 października 2015

Rozdział 7

* Z punktu widzenia Kage'a*
Założyłem maskę i szedłem powolnym krokiem w kierunku mojego domku w lesie. Wiedziałem, że zaraz mają wpaść chłopacy i mamy obgadać z Eme sprawy, dotyczące niej. 
Patrzyłem w niebo, nucąc pod nosem starą piosenkę nieznanego zespołu, gdy nagle małe, smukłe ciało dziewczyny wbiło się we mnie z ogromną siłą. Szybko spojrzałem w dół, ona spojrzała na mnie.
Zdezorientowany nie wiedziałem czemu znajduje się tutaj, czemu Jack i Jeff biegli za nią krzycząc.
Przyjrzałem się jej dokładniej, wtedy zauważyłem łzy.
-Eme, co Ty tu robisz?- Zapytałem pocierając kciukiem jej policzek.- Nie bój się..
Dziewczyna przerażona cofnęła się kilka kroków, wpadając na Jack'a.
Zacząłem zdejmować maskę, gdy Jack tłumaczył jej, że nic się nie stanie, że jest bezpieczna.
Eme odwróciła wzrok na mnie, a jej źrenice się rozszerzyły.
-Jai?!Co tu się dzieje do cholery?!- krzyczała podbiegając do mnie. Uderzała swoimi małymi dłońmi w moją klatkę piersiową, nie wiedziałem co jej odpowiedzieć.-Jak mogłeś!
Złapałem ją za nadgarstki, podnosząc jej ręce do góry.
Zmuszona była spojrzeć choć chwilę na moją twarz.
Ta chwila wystarczyła.
Ona..
Rumieniła się, z jej oczu lały się pojedyncze łzy i przygryzała delikatnie dolną wargę.
Wyglądała na prawdę uroczo.
Złapałem ją za brodę, patrząc głęboko w oczy.
-Porozmawiamy?- Chciałem zabrzmieć uwodzicielsko, jednak mój głos zrobił się śmieszny.
Widziałem, jak Jeff śmiał się pod nosem a Jack uderzył się z otwartej dłoni w czoło.
Czułem jednak, że Eme mi najbardziej ufa.
-Nie!- Dziewczyna spaliła buraka. Wyrwała się z mojego ucisku i pobiegła przed siebie, nawet się nie odwracając.
Westchnąłem głęboko, rzucając się w pościg za nią.

Złapałem ją po dość długim biegu. Dziewczyna ma na prawdę niezłe płuca do biegu.
Przewiesiłem ją sobie przez ramię i ruszyłem w stronę mojego domku.
-Posłuchaj, zanim mnie zabijesz, musisz wiedzieć, że to co usłyszysz u mnie, będzie prawdą.- Nie chciałem jej tego mówić, domyślam się, że mnie za to znienawidzi, no ale trudno.

Weszliśmy do mojego domku, wtedy dopiero postawiłem ją na posadzce.
Od razu usiadła na kanapie.
-Czyli mogę wam zadawać pytania, czy jak?- Odparła z lekka zdenerwowana.
Usiadłem obok niej, Jack na dywanie przed nią a Jeff z drugiej strony, kładąc ramię na kanapie tuż za nią.
Spojrzałem na chłopaków pytająco. Oboje przytaknęli.
-Możesz zadawać pytania, odpowiemy na wszystkie.-Wyjaśniłem.
-Ok! Zacznijmy. Ja.. to znaczy Kage, od jak dawna mnie obserwujesz?- Spojrzała na mnie przeszywając mnie wzrokiem.
-Jak Twój Starszy zaczął Cię gwałcić.-Na ostatnie słowo, dziewczyna zacisnęła pięści.-Aż do teraz.- Spojrzałem jej głęboko w oczy i uśmiechnąłem się. Uwielbiam podrywać laseczki takie jak ona.
-Zbok!- Krzyknęła odwracając wzrok.-Następny! Może Jack.
-Tak?
-Skoro mnie podglądaliście, dlaczego nie pozbyliście się mojego ojca?- Zapytała.
To było trudne pytanie.Widziałem, że Jack z lekka panikuje.
-Powiedz prawdę, obiecaliśmy.- Wydukał Jeff przewracając oczami.
Patrzyłem na dziewczynę, w głowie układając sobie,jak mogłaby wyglądać w innych włosach.
-Więc, Lucyfer stwierdził, że się nadasz jako nowy dzieciak, czekał aż nie wytrzymasz.
Dziewczyna była zła.
-Co proszę?- Zaciskała zęby.- To ja cierpiałam, a wy zamiast mi pomóc, czekaliście aż zrobię to sama?! Chciałam się przez niego zabić! Mordowałam! Mogliście mnie uratować! Dupki!-Krzyczała wymachując zabawnie rękami.
-Ogarnij się wariatko, przecież wyszło Ci to na dobre.- Przewrócił oczami Jeff.
Dziewczyna była wściekła. Z jej oka poleciał strumyczek krwi, kapiąc na moją kanapę. Stała nad nim zaciskając ręce.
-Eme, uspokój się.- Wykrztusiłem wstając z miejsca. Złapałem ją za biodra delikatnie masując.
Podobało mi się to, że jest mi uległa. W końcu chłopacy zawsze podrywali napotkane laski, zawsze oni mogli się zabawić, teraz moja kolej.
-Zostaw mnie.- Odparła cichutko zagryzając wargi do krwi.
Wtedy przypomniały mi się nauki Dziadka Lucka.
''Jak cel przygryza wargi w gniewie bądź furii, trzeba sprawić, by mógł jakoś oderwać się od tego i zasięgnąć po odrobinę ulgi.''
Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy, aż jej nie spotkałem.
Małą, urodziwa dziecinka tylko czekała, aż ktoś się nią zajmie.
Odwróciłem ją twarzą do siebie, spojrzałem w oczy i od niechcenia musnąłem jej wargi swoimi.
Dziewczyna oprzytomniała. Spaliła buraka i wybiegła z domku, siadając na gałęzi.

***
*Wracamy do punktu widzenia Eme*
Ogarniała mnie złość, miałam ochotę rozpierdolić mu twarz, by już nigdy nie mógł spojrzeć w lustro. Wtedy właśnie Kage odwrócił mnie twarzą do siebie, nachylił i .. pocałował.
To był pierwszy pocałunek w mojej karierze. 
To trochę śmieszne, zdążyłam chcieć umrzeć, mordować ludzi, zginąć, odrodzić się i znów mordować, a całowałam się dopiero teraz.
Było mi głupio. Oni to widzieli! Szybko wybiegłam i usiadłam na gałęzi obok domku. Skuliłam się w kulkę i słuchałam, jak moje serce wali znacznie szybciej.
Wtedy przyszedł do mnie Jack. Usiadł obok i uśmiechał się milusio.
Nie spojrzałam na niego, jednak wiedziałam, że nie miał maski. Czułam to.
-Odejdź.- Wydukałam nadal pochłonięta nowymi doznaniami sprzed chwili.
-Jeszcze spadniesz i co wtedy? - Zaśmiał się.
Był wobec mnie naprawdę miły i naprawdę szczery.
Polubiłam go.
Jako jedynego.
Do Kage'a.. w sumie nie wiem czy była to miłość, czy nie.
Nienawidziłam Jeff'a. Był zarozumiałym gnojkiem, na którego nie mogłam patrzeć.
-Hej Eme, wrócisz ze mną do domku?- Zapytał Jack.- Mamy dla Ciebie niespodziankę.
-Spojrzałam w dół, zauważyłam, że szybkim krokiem podąża tamtędy niska postać, z jakąś mini walizeczką w dłoni.
Spojrzałam na niego, jednak wiedziałam, że nadal palę buraka.
-O.Ok..-Odparłam, wstając z gałęzi.
Poprawiłam bluzę i zachwiałam się. Już miałam spaść, gdy nagle Jack złapał mnie za rękę, przyciągając do siebie.
Nasze ciała były złączone, a nasze usta dzieliło dosłownie kilka centymetrów.
Zarumieniłam się. Jeff  zaczął klaskać.
-Ładnie to tak młodemu odbijać laskę?- Zaśmiał się.
Jack się speszył, odsunął się ode mnie, jednak nadal trzymał mnie, bym nie spadła.
-Tylko jej pomogłem.- Wyjaśnił, prowadząc mnie na pseudo-taras.
-Tak to się teraz nazywa nie?- Zaśmiał się.
Ogarnęła mnie złość, jednak wszystko prysnęło, gdy niska, zakapturzona postać wdrapała się na górę.
-Może by kawalerowie pomogli?- Odparła piskliwym głosikiem.
Zdjęła kaptur i spojrzała po kolei na każdego z nas.
-Witajcie chłopcy, widzę, że macie nową koleżankę- Zaśmiała się i podeszła bliżej mnie.- Mam na imię Raquel. Będę Twoją stylistką.
Wtedy właśnie zza ścian domku wyłonił się Kage zapraszając nas do środka.
Raquel złapała mnie za rękę i pociągnęła do środka, od razu zdejmując kaptur z mojej głowy. Otworzyła swoją walizeczkę i patrzyła to na mnie, to na zawartość walizki.
-Kiedy masz urodziny? 
Wtedy przypomniałam sobie, że przecież ja obchodzę urodziny.
-A który dzisiaj jest?
- 26 maj.- Wyjaśnił Jack, patrząc w kalendarz.
-Urodziny mam 31 maja.- Wyjaśniłam patrząc w oczy Raquel.
-No to zrobimy Cię na taką super 17-18 latkę. Nikt się nie zorientuje.Siadaj.- Wskazała na miejsce przygotowane przez chłopaków.
Usiadłam tak jak mi kazała, a ona zabrała się do pracy.
Rozpoczęła, od nakładania mi jakiejś maseczki na twarz i włosy.

*Kilka godzin później*
Po skończeniu pracy podała mi lustro, bym mogła się w nim przejrzeć, a to co zobaczyłam, powaliło mnie na kolana.
Chłopcy, którzy zostali zaproszeni do pokoju, również nie dowierzali, że to ja.




[*]
Nareszcie 7!
Może w tym tyg będzie 8, i opisane urodziny Eme! Pozdrawiam ;p
~/Eme

wtorek, 14 kwietnia 2015

Rozdział 6

Wreszcie coś tu piszę uh ah.


***
Obudziłam się w pustym lesie, leżałam na środku przeogromnej polany. Sama.
Do łopatek miałam doczepione przeogromne białe skrzydła a obok mnie leżała moja kosa.
Znajdowałam się w.. Sama nie wiem gdzie.
Wstałam przecierając oczy. Rozejrzałam się wokół. Wzięłam kosę w rękę i ruszyłam w byle jaką stronę.
Spacer po lesie nie był zbyt długi.
Miałam na sobie czarną, długą bluzę z napisem 'Psycho' na pół już zdrapanym. Na nogach miałam tylko białe, bawełniane skarpetki.
Spacerowałam dalej po lesie zastanawiając się jak schować skrzydła, jednak było to chyba niemożliwe.
Nagle z oddali usłyszałam dźwięk silnika. Musiała być gdzieś tutaj droga.
Przyspieszyłam kroku i faktycznie, wyszłam na ulicę, przy której widniał ogromny bilbord z napisem:

Welcome to Queenborough.

Uh, znów jakieś przeklęte miasto.
Nagle poczułam w sobie jakieś dziwne uczucie. Odraza do świata i chęć jej zagłady.
Coś było nie tak. I to solidnie.
Powędrowałam wzdłuż ulicy aż w końcu zaczęły się pojawiać budynki.Zacisnęłam rękę na kosie i przyspieszyłam kroku. W pewnej chwili zauważyłam grupkę nastolatków, byli może 2-3 lata starsi ode mnie.
Dziewczyny, znajdujące się w tym towarzystwie zauważyły mnie niemal od razu. Mierzyły wzrokiem i śmiały się tak głośno, że miałam wrażenie, iż śmieją się tuż za mną.
Na twarz zaciągnęłam kaptur i  spode łba patrzyłam na jedną blondynkę. Musiała być pusta.
Pokazywała na mnie palcem zaciągając się papierosem. Po wypuszczeniu dymu zaśmiała się aż w końcu odezwała.
-Ey, Ty! Stój!- Krzyknęła, następnie udała się w moją stronę. Uznałam, że nie mówi tego do mnie, więc poszłam dalej. W pewnej chwili złapała mnie za rękę i zatrzymała.-Mówię coś do Ciebie Gnojku.
-Masz 3 sekundy, aby mnie puścić.Następnie odwróć swój tłusty zadek i wracaj do swojego towarzystwa.- Wydukałam zaciskając rękę. Krew w moich żyłach dudniała. W umyśle miałam tylko dźwięk tego, jak śmieją się ze mnie.Głuche echo ogarniało moją głowę.
W końcu, gdy dziewczyna szarpnięciem wyrwała mnie z tego transu zareagowałam niemal od razu. Zamachnęłam się kosą a dziewczyna padła na ziemi przepołowiona na pół.
Jej towarzysze niemal od razu zaczęło panikować, uciekać.
Jeden chłopak siedział jak zamurowany. Podeszłam wiec do niego i popatrzyłam spode łba.
-Dlaczego nie uciekasz?- Zapytałam zdziwiona.
Chłopak siedział, trząsł się i próbował coś z siebie wydusić.
-N..Nie ch..chcę.. Ty..Z..Zabiłaś..m..moj..moją.. d..dziew..dziewczynę..
-Znajdziesz lepszą.- Odparłam oschle. Pomachałam mu kosą przed nosem, jednak on odepchnął mnie i wyciągnął scyzoryk. Pod wpływem popchnięcia upadłam na ziemię.
Zaśmiałam się, jednak już po chwili mój wyraz twarzy znów był poważny.
Chłopak wbił swój scyzoryk w moje udo, na co zaczęłam panicznie krzyczeć.
Podniosłam się z ziemi zaciskając kosę w ręce. Teraz musiałam znaleźć inną taktykę, gdyż pozycja (stabilna do teraz) jest nieprzydatna.
Pomyślałam, że skrzydła mogą się przydać.
Tylko jak się ich używa..
Skupiłam się maxymalnie jak tylko potrafiłam.Pomyślałam, że muszę nimi powoli machać, by móc stabilnie stać.
Tak też zaczęło się dziać.Skrzydła powoli zaczęły swą pracę a ja już mogłam ''bawić się'' kosą.
Chłopak przerażony chciał uciekać, jednak moja kosa była szybsza. Zrobiłam zamach, najpierw ciało chłopaka podzieliłam na 2 części, następnie pionowo na kolejne dwie. Gdy kosa wbiła się w ziemię, wzięłam głęboki oddech.
Noga bolała mnie nadal, jednak co ja mogłam poradzić.
Postanowiłam iść, dalej iść.

W końcu ten dzień dobiegł końca.
Zabiłam tylko... 200-250 osób.
Zaczynając od tej blondynki, kończąc na ochroniarzu ze szpitala, gdzie zabrała mnie kolejna z ofiar, kobieta pod numerem 40-50.
Nie pamiętam nic dokładnie.

Położyłam się spać w jednym z leśnych chatek. Akurat ta była dość dobrze oświetlona. Może dlatego, że jest lato.

Noc zleciała dość szybko.
Następnego dnia słońce wdzierało się do chatki i grzało strasznie mocno.
Było strasznie ciepło i szczerze, gorąco mi było w tej bluzie.
Niedaleko widziałam plażę,postanowiłam,że się tam wybiorę.
Wzięłam kosę i podpierając się  o nią udałam się w stronę plaży.

Z oddali słyszałam już szum morza i piski dziewczyn.
Podeszłam bliżej i wtedy się przeraziłam. Plaża była oblężona przez ludzi.
Zaciągnęłam się świeżym powietrzem, następnie usiadłam pod najbliższym drzewem wpatrując się w opustoszałą plażę, która skryła się za krzakami.
Zamyśliłam się nad tym, co teraz ze mną będzie.
W pewnej chwili znów poczułam to okropne uczucie a krew momentalnie sama zaczęła lecieć.
Oparłam głowę o drzewo i zaczęłam głęboko oddychać, jednak plażowicze strasznie mnie drażnili. Stwierdziłam, iż pokażę im, że są też spokojni plażowicze.
Wstałam i podeszłam do pierwszej lepszej kobiety zakańczając jej żywot.
Jedni zaczęli uciekać, inni próbowali mnie powstrzymać, jednak po co się wysilać, skoro skończyli tak samo?

Tak, wymordowałam wszystkich plażowiczów. Wtedy plaża zaczęła być boska.
Znów przysiadłam pod drzewem przymykając oczy. Cisza, jaka ogarnęła mój umysł była po prostu urocza. Nikt nie krzyczał, powietrze znów było świeże i pachnące.
Przysnęłam.
Nie pamiętam kiedy i jak, po prostu zasnęłam.
***
Obudziłam się w jakiejś piwnicy. Moich skrzydeł nie było przy moich łopatkach.
Czułam się podle.
Byłam tak słaba, że nawet dokładnie nie wiem co się dzieje.
Z moich łopatek leci krew. I to szybko. Wykrwawię się?

W tej samej chwili do piwnicy przyszli 4 chłopacy.
Dwóch niosło moje skrzydła, zakrwawione jednak nadal nieziemsko białe.
Jeden ocierał ręce o jakąś szmatę. Więc to on mnie skrzywdził.
Ten ostatni, dość wysoki, dobrze zbudowany podszedł do mnie i chwycił za brodę.
-Nasza Królewna się zbudziła.-Zaśmiał się. Następnie popatrzył mi w oczy.- Niezłe z Ciebie ziółko. Mogłabyś zostać moją dziewczyną.
Na jego słowa coś mnie ukuło w sercu. Przypomniałam sobie Daniela, który zapewne dziś byłby moim dobrym przyjacielem.
Szarpałam się, jednak te gnojki przykuły mnie łańcuchami do ściany. Skąd oni kurwa mać mają takie coś?! I to w piwnicy?!
-Oj nie denerwuj się. Jak będziesz grzeczna, to Cię puszczę. - Wyjaśnił. Spojrzał mi w oczy, następnie wstał, odwrócił się i poszedł do kolegów.
Rozmawiali dość długo co chwilę zerkając na mnie.
Czułam się okropnie, patrzyłam na ziemię a z oka znów popłynęła krew.
Szarpałam się panicznie. Bałam się, że coś się stanie. W końcu nie mam skrzydeł, moje łopatki są rozszarpane a udo nadal nie jest sprawne. Do tego zabrali moją kosę!
Usiadłam, przymknęłam oczy by się uspokoić.
Podszedł do mnie znów ten sam chłopak. Przykucnął i znów onieśmielał mnie swoim wzrokiem.
Odwróciłam wzrok, jednak chłopak był cwańszy. Złapał mnie za brodę i swoim nosem musnął o mój, bym na niego spojrzała.
Wysoki, o szerokich barkach, delikatny, onieśmielający brunet o czekoladowych oczach i ciemnej karnacji z tym słodkim akcentem. Chłopak idealny, jednak zadawał się z NIMI.. Nie!! NIE. Eme, przestań o nim myśleć.
Skup się na ucieczce.
-Mała, o czym myślisz?- Przerwał mi moją ciszę.
Nie odpowiedziałam.
-Rozumiem, będziesz się ze mną droczyć?- Uśmiechnął się. Wtedy ujrzałam szereg białych, prostych zębów które po prostu lśniły.
Zamknęłam oczy by na niego nie patrzeć. Poczułam się dziwnie. To uczucie, ogarnęło mnie pierwszy raz. Nigdy się tak nie czułam. Miałam wrażenie, jakby moje policzki robiły się czerwone.
Chłopak chyba zauważył moją panikę wewnętrzną gdyż zmienił swój ton.
-Przyniosę apteczkę i Cię opatrzę. Nie będzie bolało.- Na te słowa otworzyłam oczy a on tylko przewrócił oczami. Wstał i wyszedł z pomieszczenia.
Usiadłam. Jęknęłam pod nosem z bólu, który ogarniał moje ciało. Łańcuchy obciążały mnie jeszcze bardziej, gdyż musiałam trzymać je w górze.
Wtedy właśnie podszedł do mnie blondyn z dwoma kolegami.
-Brayan, bierzemy ją czy zostawiamy Jai'owi?
-Bierzemy. Ten gnojek zawsze dostaje najlepszy towar. A ta jest warta czegoś lepszego.- Wyjaśnił z szarmanckim uśmiechem.
Wtedy zaczęłam się bać. Co oni mi zrobią? Dlaczego to robią? Gdzie jest rzekomy ''Jai'' ?
Chciałam, by brunet już wrócił. Bałam się jego kolegów i tej głuchej przestrzeni.
Gdybym była tu sama, to całkiem co innego, jednak z nimi- to przerażające.
Jeden z nich chwycił mnie za włosy stając za mną. Głowę położył na moim ramieniu i sapał do ucha.
-Posłuchaj teraz uważnie, jesteś już nasza i nie wolno Ci się nam sprzeciwiać. Masz milczeć, z nikim nie rozmawiać i nikogo nie słuchać. W innym przypadku skończy się to źle dla Ciebie.-Wydukał. Nie słuchałam go. Kręciło mi się w głowie i robiłam się coraz słabsza.Pobudził mnie jednak jeden z tych idiotów, który żarzącym się ustrojstwem zrobił mi na dłoni ślad, a raczej ''pieczątkę'', że należę do nich. No to jestem w dupie. Jednak nie krzyczałam, nie szarpałam się. Przyzwyczajona byłam już do bólu. Nie spodobało im się to. Szarpali mnie za włosy i tarmosili, jednak na marne. Pamiętam wszystko jakby przez mgłę.
W tym samym momencie wszedł brunet. Gdy to zobaczył, rzucił się na swoich kolegów i zaczęli się szarpać.
Jednego z nich zranił w kilku miejscach na ciele skalpelem, drugiego zbił, że chłopak nie mógł się podnieść a trzeci po prostu uciekł.
Wtedy własnie podbiegł do mnie z nadzieją, że jednak nie straciłam dużej ilości krwi.
Wypuścił mnie z łańcuchów. Wziął na ręce. Położył na ogromnym stole, na brzuchu przechylając głowę w bok, bym miała czym oddychać.
Często coś do mnie mówił, jak tylko mruczałam dając mu znać, że trzymam się przy życiu.
Jai, jak go nazwali koledzy rozciął ulubioną bluzę na plecach, następnie starał się zatamować krwawienie. Gdy już mu się to udało zaszył rany najlepiej jak potrafił. Potem zabandażował moje plecy i założył na mnie swoją bluzę. Też była wygodna, jednak to nie to samo, co pamiątka po bracie.
Do mojej kosy przyczepił ramiączko jak od gitary lub innego sprzętu i zawiesił przez ramię, tak że widniała na jego plecach. Skrzydła schował niezgrabnie do plecaka, który położył na moim brzuchu. Mnie natomiast wziął na ręce i wyniósł z piwnicy tak, by nikt nie widział.
Było już ciemno co nawet mi odpowiadało.
Jego perfumy były przyjemne. Od razu przysnęłam pomrukując przez sen.
Co było dalej- nie wiem.

***
Następnego dnia obudziłam się w jakimś domku.
Leżałam na kanapie najwidoczniej w domku na drzewie.
Gdy tylko otworzyłam oczy poczułam ten przerażający ból dochodzący z moich pleców.
Chciałam się podnieść, zadać sobie inny ból, by zapomnieć o tym, lub po prostu zadać go komuś.
Chłopak mnie powstrzymał. Kazał się położyć i odpoczywać.
-Jesteś bezpieczna, odpocznij.- Zdziwiłam się. Nie pamiętam kiedy ostatnio nie groziło mi nic złego.
-Mogłeś mi nie pomagać.- Wydukałam rozglądając się po mieszkaniu.
-Wiem, że nic mi nie zrobisz, nie bój się, ja również nic nie zrobię Tobie.
Chciało mi się śmiać, jednak powstrzymałam się, wiedziałam czym mi to grozi.
-Emelyth Rockbell, prawda?- Zapytał po chwili.
Spojrzałam na niego wielkimi oczyma. Zaskoczył mnie. Skąd on o mnie wiedział? Podniosłam się z pozycji leżącej niemal od razu.
-Nie wydam Cię na policję, spokojnie.- Kontynuował rozmowę.
-Skąd wiesz kim jestem?-Zapytałam przełykając ślinę.
-Wiem, co robił Ci ojciec, wiem gdzie chowają Twojego brata. Jakby to powiedzieć, śledziłem Cię odkąd miałaś 8 lat.- Wyjaśnił. Przeraziłam się. On mnie śledził. Obserwował.Jednak on kontynuował.- Wiem o tym, że jesteś niewinna co do Daniela. To ja Cię obserwowałem. To przeze mnie nie mogłaś czasem zasnąć. I wtedy, gdy cięłaś się pod ścianą, to ja zaniosłem Cię do łóżka. Spokojnie, nic Ci nie zrobiłem.-Dokończył. Uspokoiłam się z lekka, jednak byłam zdenerwowana.
-Obserwowałeś mnie 7 lat i nie powiedziałeś nikomu o tym, co dzieje się u mnie w domu?!- Wykrzyczałam. Zaciskałam pięści, krew dudniła mi w żyłach a serce biło szybciej.-Co Ty sobie wyobrażasz?! Jak w ogóle śmiałeś mnie podglądać?! Kim Ty w ogóle jesteś?!
Brunet złapał mnie za ręce gładząc je palcami. Patrzył mi w oczy dając znać, że mam się uspokoić.
-Posłuchaj. Właściwie nie wiem czemu Cię obserwowałem. Zainteresowałaś mnie i tak jakoś wyszło.-Wyjaśnił dość spokojnie uśmiechając się przyjacielsko.
-Kim jesteś?-Zapytałam już spokojniejsza.
-Pan Nikt.- Chłopak się uśmiechnął.
-Jesteś Jai.- Odparłam przewracając oczyma.
-Możesz tak mówić, jeśli chcesz. Ale nie zdradzę Ci kim jestem. Więc mój mi Nikt lub Jai.- Brunet wstał. Spojrzał za okno, następnie wyszedł przez nie i zniknął. Nie mam pojęcia gdzie się podział.
Wzięłam głęboki oddech powoli wypuszczając dwutlenek węgla na zewnątrz. Gdy już się uspokoiłam, postanowiłam się stąd wynosić. Wstałam i wzięłam swoją kosę.
Wtedy właśnie zauważyłam moje skrzydła. Podeszłam do nich wyciągając z plecaka. Popatrzyłam na nie rzucając w kąt. Byłam wściekła.
Dlaczego?
Byłam wściekła, gdyż zauważyłam w nich czip, taki sam który rodzice chcieli mi wczepić, by wiedzieć gdzie jestem.
Wtedy zauważyłam w plecaku kilka karteczek. Wzięłam jedną z nich i zauważyłam, że jest to portret. Mój portret. Na dole widniał dopisek '' Twoja Eme, jak prosiłeś, pozdrawiam Jack.''
Coś mówi mi to imię.. Chwileczkę..
Gdy byłam u Lucyfera.. Jack to był ''strażnik bramy''..
Razem z nim dokuczali mi jeszcze dwaj chłopacy.
Możliwe, że jeden z nich, to on.
Jestem w domu jednego z tych idiotów a on w coś ze mną gra!
Do tego mają moje portrety, jak widać jestem ich głównym tematem rozmów. YGH.
Przejrzałam resztę kartek, wszędzie był ten sam napis i inne portrety.
Patrzyłam na nie ze zdziwieniem. Myślałam, że wyglądam gorzej, lepiej. Szczerze, podobały mi się te portrety.
Złożyłam je w kosteczkę i spakowałam do kieszeni. Następnie wyszłam z domku szukając zejścia z drzewa.
W końcu zdecydowałam skakać po gałęziach.
Domek o dziwo był dość wysoko.
Gdy byłam przy ostatniej gałęzi i już miałam skakać na dół, przymknęłam oczy, by móc wylądować w ''boskim stylu''.
1..
2..
3..
Skok! Wylądowałam.
Tylko jak...
Wylądowałam na rękach. Otworzyłam oczy a kto tu stoi? Ten sam chłopak, który rysował portrety.
-Widzę, że odwiedziłaś Kage'a...Tzn Jai'a.-Wydusił z siebie mieszając się w swoich słowach. Postawił mnie na ziemi i przeszywał mnie wzrokiem.-Na żywo jesteś ładniejsza.
Zdziwiłam się jego słowami, nikt nigdy mi tego nie powiedział, nie wiem jak reagować.
-Masz zamiar się do mnie odezwać?- Odparł machając mi ręką przed oczami.
Również był czarujący. Ciemne włosy, tajemnicza maska na twarzy i dość zwyczajny styl. Niebieska koszulka, z lekka obcisła idealnie podkreślała jego naturalne mięśnie. Był wysoki. O głowę wyższy ode mnie.
-Ty jesteś Jack.. To Ciebie widziałam.. Że what..-Wydukałam. Właściwie nie wiem czemu to powiedziałam. Zaczęłam panicznie się rozglądać, na pewno jest z nim ten trzeci chłopak. Ten z uśmiechem.
-Co Ty robisz?- Zaśmiał się.
Zatrzymałam się momentalnie na przeciwko niego. Patrzyłam na jego maskę a on przeszywał mnie wzrokiem.
-Jeff zaraz przyjdzie, jeśli jego szukasz.- Wyjaśnił.
-Niech przychodzi, ja sobie idę.-Odparłam, wymijając chłopaka.
-Hey, gdzie Twoje skrzydła?!-Krzyknął za mną. Zamurowało mnie. Znów przypomniałam sobie o tym czipie. Zacisnęłam pięści i zgrabnym ruchem wzięłam kosę do ręki.-Hey, spokojnie, tylko pytam.
Odwróciłam się do niego z poważnym wyrazem twarzy.
-Masz mnie za idiotkę?! Wiem, że mnie śledziliście, podsłuchiwaliście i co jeszcze?! Może kamerka też tam była?!-Podeszłam do niego, przystawiając mu kosę do gardła.-Mam ochotę poderżnąć Ci gardło.
-To zrób to.
Zawahałam się.
Chwila, co?
Ja się zawahałam?
Przejechałam kosą po skórze jego gardła, on natomiast przełknął ślinę. Wiedział, że wystarczy bym docisnęła kosę do jego szyi, natomiast nie bał się. Czekał na to.
W pewnej jednak chwili ktoś zaatakował mnie od tyłu. Przyłożył mi nóż do gardła i sapał nad uchem.
-Zostaw go w spokoju, bo skończysz marnie.- Wysyczał mi do ucha. Odsunęłam kosę od szyi Jack'a, jednak już po chwili zareagowałam. Złapałam napastnika za nadgarstek wyginając gwałtownie w tył. Podziałało, bo mnie puścił. Wyrzucił swój nóż na bok i przygotował się do bójki.
-Hey, przestańcie! Natychmiast!-Krzyczał Jack.Próbował nas rozdzielić, jednak wszyscy wiedzieliśmy, że na ''wypiciu w spokoju herbaty'' się nie skończy.
''Uśmiechnięty'' rzucił się na mnie jednak od razu zareagowałam.
Biliśmy się po twarzy, szarpaliśmy nie zważając na to kto gdzie dostał.
W pewnej jednak chwili Jeff uderzył mnie w udo, tam gdzie zostałam dźgnięta scyzorykiem. Następnie złapał mnie za ramię przyciągając do siebie. Wbił swój łokieć w moje plecy wyginając ręce w tył.
Do oczu pchał mi się łzy. Miałam tam świeże rany, świeże szwy. Jednak nie poddam się.
Mimo, iż siły i chęć pokonania go odchodząc tak szybko, jak przyszły, nie poddam się.
Jeff powalił mnie na kolana i zmienił łokieć na kolano przyciskając mocniej.
Krzyknęłam z bólu i wtedy moje granice zniknęły. Znów z oczu poleciały mi łzy.
Łzy bezradności i bólu. Przypomniał mi się ojciec i to jak mnie traktował.
Kolejny raz poczułam się jak rzecz.
Jack to chyba zauważył, bo rzucił się na Jeffa, by ten przestał.
-No co?! Ja Cię tu bronię a Ty mi się tak odpłacasz?!- Uśmiechnięty był wściekły.
-Nie widzisz, że ona płacze?! Ty idioto..- Jack przewrócił tylko oczami i popchnął chłopaka by się uspokoił. Podszedł do mnie i pocierał delikatnie po plecach.
-Wybacz, nie wiedziałem, że jest taka słaba i delikatna.- Wydukał Uśmiechnięty. Było mu głupio.
-To jest dziewczyna idioto! I to jeszcze po przejściach.- Wyjaśnił Jack.
Jeff chyba nie od razu wiedział kim jestem.
-Kto to w ogóle jest?-Zaśmiał się.
-Idioto. Pamiętasz u Wujka Lucyfera taką dziewczynę z białymi skrzydłami?
-To ona?!
-Tak.
-Serio?! Cześć Przyjaciółko!- Uradował się mlecznoskóry.
Mi jednak nie było do śmiechu ani radochy.
Wstałam ocierając oczy. Wzięłam swoją kosę i pobiegłam przed siebie zasłaniając oczy rękawem.
Bluza była szarawa, przez co krew z moich łopatek zaplamiła mi plecy.
Chłopacy chyba to zauważyli, gdyż pobiegli za mną.
-Ey, czekaj! Nie uciekaj!- Krzyczał Jeff.
W pewnej chwili wpadłam na kogoś. Szybko otworzyłam oczy i zauważyłam tego trzeciego z nich.
Stał ubrany na czarno a jego czarne włosy powiewały przebijając się przez kaptur. Na twarzy miał maskę ze zdziwionym wyrazem twarzy.
Przeraziłam się. Znów widzę tą trójkę i nie jestem zdolna się obronić. Gdzie jest Jai.. Cholera..
-Eme? Co Ty tu robisz?- Chwila, skąd on znał moje imię?- Nie bój się..- To Jai?!
Cofnęłam się kilka kroków, lecz za mną już pojawili się dwaj wcześniej napotkani chłopacy. W tym momencie patrzyłam na nich przerażona.
-Eme spokojnie, nie zrobimy Ci krzywdy.-Tłumaczył spokojnym głosem Jack.
Trzeci przybyły chłopak zaczął zdejmować maskę.
Okazało się, że był to Jai!
O co tu chodzi...



[*]
Wybaczcie, że nic tu nie pisałam, szczerze? Nie chciało mi się i nie miałam czasu, weny i natchnienia.
;p
Ale... Po długich namowach wspaniałego Kage'a napisałam!
Więc czytajcie..
Myślę, że jest dość spoko.. ;-;
Żegnam! ..
~/Eme.






wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział 5

Z góry przepraszam za nieobecność..

***
Znajduję się w jakiejś dziwnej przestrzeni. To niebo? Może piekło? Czyli umarłam? Nie, ja tego nie chciałam. Dlaczego pozwoliłam się zabić.. Co z moimi planami? Wszystko poszło na marne.
Oślepiające światło. Widzę je, co teraz? Czyżby trafiła do nieba? Nie, to nie możliwe.
Schody otoczone białymi obłokami, prowadzące do ogromnej, złotej bramy. To nie może być prawda.
Zauważyłam znak, podbiegłam więc, by przeczytać ową 'wskazówkę'.
Podczas wędrówki w górę zastanów się, czy wybierasz dobrą drogę. Jeśli nie- zawróć. Jeśli tak- idź dalej.
Od razu pobiegłam schodami w górę. Wydawały się nie mieć końca. Skupiłam się na tym, by dotrzeć o ogromnej bramy. Zapomniałam pomyśleć o tym, czy nie powinnam zawracać. Po chwili po głowie zaczęły krążyć mi myśli, że jednak nie powinno mnie tu być.
''Córka szatana, wiedźma, morderca.''. Moje myśli nie dawały mi spokoju. Postanowiłam jednak iść dalej. W końcu dotarłam do ogromnej bramy.

-Kim jesteś?- Odparł starzec stojący przed wejściem do raju.
-Emelyth Rockbell.- Odpowiedziałam.
-Czego chcesz?- Zapytał.
-Chcę żyć wiecznie w raju.
-Nie zasługujesz. Wróć się przemyśleć swoje zachowanie i błagać o przebaczenie. Może Wielki Ojciec się nad Tobą zlituje.- Wytłumaczył.
-Kiedy ja muszę się tam dostać. Przecież nie jestem niczemu winna.!
Starzec jednak zniknął tak jak i ogromna brama.
Znów pojawiłam się tam gdzie wcześniej.
Ta sama pusta, szara przestrzeń.
Jednak tym razem przede mną nie pojawiły się schody.. Tym razem była to droga w dół. Wlekła się na dół również nie mając końca.
Popatrzyłam na wskazówkę.
Witaj na drodze do piekła. Niestety, stąd nie ma już powrotu.
No, tutaj przynajmniej oznajmili, że to droga do piekła.
Skoro i tak nie przyjęto mnie do nieba, to czemu nie mam próbować w piekle? Bez zastanowienia ruszyłam w drogę. Z początku wydawała się nie mieć końca, jednak udało mi się znaleźć ogromną, czarną bramę ustrojoną w szarawe czaszki. Miejsce było ciemne, gdzieniegdzie widniała rzeka lawy i wulkany. Przerażające miejsce.
Popatrzyłam na bramę, gdy nagle pojawił się pewien chłopak, na oko miał z 17-18 lat. Dość przystojny, ubrany na czarno z tym zabójczym wzrokiem zaprosił mnie do środka. Dziwiło mnie to, iż nie widziałam tutaj nikogo innego. Właściwie, w niebie też tego nie widziałam.
Wraz z chłopakiem weszliśmy przez ogromne drzwi do równie ogromnego pałacu.
Tam, na końcu holu, na przeogromnym przystrojonym fotelu siedział pewien mężczyzna. Chłopak bez zawahania popchnął mnie w jego stronę. Prawie się przewróciłam.
-Ej, masz jakiś problem?- Odwróciłam się do niego z sapami. Patrzyłam na niego z nienawiścią w oczach, on tylko się zaśmiał spoglądając pusto swoimi czarnymi ślepiami.
Zaczęliśmy się szarpać. Ja nie chciałam dać za wygraną, on też nie odpuszczał.
Tarmosiliśmy się nawzajem gdy nagle podszedł do nas mężczyzna, który wcześniej siedział na fotelu. Chłopak zesrany szybko odskoczył ode mnie i ustawił się prawie że na baczność.
Ja jednak nadal leżałam na ziemi i wpatrywałam się w puste oczy mężczyzny.  Ku mojemu, jak i również bruneta zdziwieniu, facet podał mi rękę na znak, iż mam wstać. Wstałam bez jego pomocy otrzepując się przy tym.
-Masz bardzo piękną kosę.- Odparł oglądając ją.
-Dzięki.- Odpowiedziałam wyrywając mu ją z ręki. On popatrzył na mnie groźnie.
-Nie jesteś gotowa by do nas dołączyć.- Wytłumaczył. -Podaruję Ci drugie życie, a jeśli spełnisz je tak jak należy, przyjmiemy Cię tu podczas Twej drugiej marnej śmierci. Jednak nie zostaniesz z pustymi rękoma. Na znak, iż powstałaś ze zmarłych, ofiaruję Ci ogromne skrzydła, które będą Cię chronić.
Patrzyłam na niego jak na idiotę. O czym on gada? Drugie życie? Jak to? Jest to w ogóle możliwe?
-Okeeej..- Odparłam nie dowierzając jego słowom.
-Gdzie moje maniery Panienko. Nazywam się Lucyfer i dowodzę tą bandą bezmózgich idiotów. A To moje królestwo- piekło. Czy ono Cię aby nie przeraża? - Zapytał.
-Ani trochę. Gorsze piekło to ja miałam w domu.- Wydusiłam.
-Jeśli do tego zmierzamy, chcesz zobaczyć swego ojca? - Zaśmiał się. Patrzyłam na niego wzrokiem, mówiącym ''odszczekaj to, bo Ci przyfasolę''.
Rzekomy Lucyfer od razu skapnął się o co mi chodzi, gdyż zmienił temat.
-Emelyth, może pokażę ci skrzydła?- Odparł.
-A muszę je mieć? Wolałabym nie..- Prosiłam. Jednak on się uparł. Poszłam więc za nim sama nie wiem gdzie. Młody chłopak nie odstępował mnie na krok. Szedł obok mnie co chwilę zerkając na moją twarz.
Podłożyłam mu pod nogi końcówkę mojej kosy, przez co prawie się przewrócił. Zaśmiałam się.
-Jesteś żenująca.- Odparł chłopak poprawiając swoją czarną marynarkę.
-Jack, kultury dla nowej koleżanki.- Zagroził Lucyfer. Czyli nazywa się Jack..

Po wejściu do ogromnej sali, gdzie mogłam wybrać skrzydła zamurowało mnie. Było tu ogromne, koliste pomieszczenie. Jego ściany były to szklane gabloty. W środku znajdowały się różne rodzaje skrzydeł. Najdziwniejsze było to, iż możliwe do wyboru skrzydła nie znajdowały się tylko w jednym rzędzie. Owych rzędów było aż do sufitu!
-Przepraszam, jak ja mam się tam dostać?- Zapytałam zdziwiona.
-Jack Ci pomoże.- Wytłumaczył Lucyfer ukazując swe ogromne skrzydła. Wzniósł się w górę, by popatrzeć na płaty piór.
Popatrzyłam na Jack'a z obrzydzeniem, jak i on również nie był zadowolony z tego, że musi mi pomóc.
Postanowiłam, że wybiorę coś z najniższego rzędu. Obeszłam na około całą salę. Żadne mi się nie podobały. Wszystkie były czarne, tylko zmieniały kształt.W ostateczności na samym końcu zauważyłam, iż jedne skrzydła są inne. Nie były umieszczone w gablocie, po prostu leżały w kącie, tak jakby miały iść do wyrzucenia.
-Chcę te.-Odparłam.
Lucyfer zaszokowany moim wyborem szybko zjawił się na ziemi.Podszedł do mnie i zaczął tłumaczyć.
-Nie możesz ich wziąć. Nie należą do tych, które można wybierać.
-To w takim razie, nie chcę żadnych.
-No dobrze. Tylko musimy je przygotować.- Odparł Lucyfer. Po chwili zniknął z Jack'iem zostawiając mnie ze skrzydłami samą.

Pod słyszałam jedynie, iż rozmawiali o wartości tych białych skrzydeł.
-Nie, nie są w nie wszczepione czipy. Nie będziemy  mogli jej śledzić. - Tłumaczył Jack.
-To w takim razie Ty to będziesz robił i koniec tematu.- Odparł Lucyfer, wchodząc z powrotem do sali. - Jednak możesz otrzymać białe skrzydła.

Potem bez słowa zaprowadził mnie do innej sali, gdzie dwie kobiety od razu zabrały się za przymocowanie ich do mojego ciała. Zrobiły to w sposób podły. Bez znieczulenia po prostu wszyły we mnie ogromne skrzydła.
Po skończonej  i jakże bolesnej 'operacji' postanowiłam wybrać się na spacer. Jak to stwierdził Lucyfer, zanim udam się  na ziemię, muszę odpocząć po tym ciężkim zabiegu.
Stwierdziłam, że zwiedzę to miejsce.
Udałam się więc na spacer. Nie mogłam schować jeszcze moich skrzydeł, były na wierzchu. To dziwne, gdyż byłam jedyną osobą z białymi skrzydłami. Postanowiłam usiąść pod drzewem i odpocząć.
 Nagle jednak pojawił się Jack z dwoma kolegami. Zaczęli mi dokuczać.
Jeden, ubrany na czarno miał czarno biały szalik i czarno białą maskę, idealnie rozdzieloną kolorami na środku.Po czarnej stronie widniał biały, szeroki uśmiech, i oko. Po białej stronie nie było nic.
Drugi natomiast miał samodzielnie wycięty uśmiech na twarzy. Wypalone, ogromne przerażające oczy i białą, jak mleko skórę.
Jack, który im towarzyszył jakoś nie był inny. Oprócz tego, iż miał czarne jak smoła całe oczy, o ile w ogóle je miał no i jeszcze oprócz tego, że z jego oczu ciekła czarna maź. W ręce raz po raz trzymał niebieską maskę, która wyglądała tak samo.
Byli nieco straszni, jednak się nie bałam.

-Ey, Ty. Jesteś inna, czemu masz białe skrzydła?- Zagadał ten z uśmiechem kucając przede mną.
-Nazywa się Emelyth, ale wszyscy mówią jej Eme.- Wytłumaczył Jack.
-Gówno nas to obchodzi. Co ona tu robi? Nie pasuje do nas. - Wyjaśnił roześmiany szalikoman.
Przez jakieś 10 minut zadawali mi pytania, na które odpowiadało im to samo- cisza.
W końcu mnie zdenerwowali. Ten silniejszy-ten z uśmiechem chwycił mnie koszulkę i podniósł do góry. Szalikoman zabrał mi kosę. Popatrzyli na mnie i zaczęli uciekać.  Jack jednak nie brał w tym udziału.
-Przepraszam za nich. Nie powinienem ich tutaj przyprowadzać. Postaram się odzyskać Twoją kosę.- Wytłumaczył Jack.Popatrzyłam na niego lekko zawiedziona i strzeliłam mu w twarz. Potem jednak postanowiłam sprawdzić jak działają moje skrzydła. Podskoczyłam w górę i siłą woli powtarzałam sobie ''machaj nimi''. Jak myślałam, tak się działo. W końcu postanowiłam odlecieć dość dobry kawałek, by odpocząć.
Wylądowałam pod drzewem na małej wysepce otoczonej rzeczką lawy. Byłam tutaj bezpieczna.



***
No i jest rozdział 5. o.-
Jak myślicie kogo ona tam spotkała? c:
Spokojnie, akcja się potoczy tak jak ma się potoczyć. Wszystko mam zaplanowane, więc bez obaw.
Jak na dziś to tyle. Dobranoc*:!(:
Pozdrawiam.
~/Eme.

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 4

Patrzyłam na ciało starca, leżące tuż przede mną. Nie czułam nic. Zero smutku, zero złości, zero radości. Ogarnęła mnie totalna pustka.
-Dość uciekania, przecież możesz się ich pozbyć. Co Ty tutaj w ogóle robisz?- Mówiłam do siebie.
Spojrzałam raz jeszcze na ciało starca.
-A Ty co o tym sądzisz? Chować się, czy zmieść ich z powierzchni ziemi?- Odparłam.Kucnęłam przy nim i zaczęłam przeszukiwać kieszenie.Znalazłam jego portfel.- Chyba się nie obrazisz co?- Dodałam.
Sprawdziłam jego dane osobowe.
-John Marley. No John, pożyczę trochę kasy. Potrzebuję by przetrwać. Do zobaczenia.- Uśmiechnęłam się sama do siebie i wyciągnęłam pieniądze z portfela starca. Zgrabnym ruchem włożyłam je do kieszeni i opuściłam szopę. Z kosą w ręce powędrowałam do miasta by 'zapolować' na coś do jedzenia. Weszłam do najbliższego sklepu, gdzie od razu zaczęły się krzyki.Połowa zakupoholików wybiegła z krzykiem, inni chowali się po kątach. Ja kulturalnie wzięłam koszyk, zabrałam się za zakupy. Wzięłam jakiś plecak, i prowiant oraz wodę. Poszłam do kasy. Ekspedientka była bardzo zdenerwowana. W końcu nacisnęła ten zasrany przycisk, by wezwać policję. Czekałam na to.
Odstawiłam koszyk i jednym zamachnięciem pozbyłam się głowy ten krowy.Patrzyłam jak jej niewinne ciało osuwa się po ścianie i czekałam aż ktoś mnie obsłuży. Po krótkim namyśle schowałam zakupy do plecaka i zostawiłam na blacie 35 zł.
-Myślę, że wystarczy.- Odparłam i wyszłam.
Szłam Właściwie w nieznanym kierunku. Postanowiłam gdzieś przenocować. Zauważyłam, że z jednego z moteli wychodzi pewna kobieta. Popatrzyłam na nią,stając wiza-wi jej twarzy. Przeraziła się na mój widok. Szybko jednak uniemożliwiłam jej ucieczkę. Z obrotu przepołowiłam jej ciało na dwie części i przytrzymałam jej torebkę. Z ręki wypadł jej kluczyk z numerem pokoju.
Pochyliłam się, wzięłam kluczyk.
-Bardzo dziękuję.- Odparłam i powędrowałam do motelu. Tak zgodnie z numerkiem udałam się do pokoju oznaczonego cyfrą 8.
Pomieszczenie było w miarę normalne. Mały aneks kuchenny, łóżko pod ścianą, ogromna szafa i mała łazienka.
Zamknęłam za sobą drzwi i poszłam do łazienki. Tam zauważyłam kilka ubrań, mniej więcej w moim rozmiarze.
Weszłam pod prysznic, szybko się przemyłam i zawinęłam w ręcznik. Przeprałam majtki, bym miała na zapas 2 pary. Postanowiłam w ubraniach dziewczyny poszukać jakiś majtek. Wysypałam wszystko z szafki. Zauważyłam tylko same stringi i figi. Na szczęście były też 2 pary bokserek. Założyłam jedną na siebie, drugą wsadziłam do osobnej przegródki w plecaku. Zauważyłam też, że dziewczyna ma kilka par butów. Rozmiar też się zgadzał. Postanowiłam pożyczyć sobie trampki. Były czarne, takie jakie chciałam zawsze dostać od rodziców.
Zmęczenie dało znać o sobie, więc założyłam jakąś koszulkę i położyłam się spać. Momentalnie pogrążyłam się we śnie.

Następnego dnia ze snu wybudziło mnie wdzierające się do środka słońce. Otulona ciepłą pościelą zostałam oświetlona promieniami słońca. Niechętnie jednak wstałam, zasłoniłam rolety i zabrałam się za śniadanie.
By nie marnować zakupionego jedzenia postanowiłam zając się prowiantem byłem lokatorki.
Zrobiłam sobie jajecznicę z kawałkami kiełbasy, do tego herbatę.

Najedzona, napita przebrałam się w swoją bluzę i udałam się w dalszą podróż. Wyszłam z motelu, i powędrowałam przed siebie.
Przechodziłam właśnie obok komisariatu policji, gdy nagle zaczepił mnie ochroniarz.
-Hej, to ta dziewczynka z kosą. Jak ona się nazywała...-Zaczął.
Zatrzymałam się, popatrzyłam na niego i z poważną miną odparłam.
-Eme z Aylsham, stary dziadzie..- Facet popatrzył na mnie bardzo rozzłoszczony i zaczął pielgrzymkę w moją stronę.-Co mi zrobisz?- Dodałam. On chwycił mnie za ramię i zaczął szarpaninę. Przymknęłam oczy w skutek rażącego słońca, jednak od razu przed oczami ujawnił mi się obraz, jak to ojciec szarpał mnie jeszcze dobre dwa lata temu.
Szybko zareagowałam. Działałam w stresu i samoobronie. Miałam bardzo zniszczoną psychikę. Każdy najmniejszy złośliwy dotyk mógł mnie bardzo skrzywdzić.
Zamachnęłam się, jednak grubasek odsunął się ode mnie.
-Oddaj to! - Krzyczał.
Z prawego oka pociekła mi krew, a on stał przerażony. Nie wiedział czy atakować, uciekać czy może błagać o litość. Wybrał opcję pierwszą, by nie zepsuć sobie reputacji.
Pożałował tego. Biegł w moim kierunku po drodze wyciągając pałkę, czy on naprawdę myśli, że może mnie tym skrzywdzić? Nie miałam zamiaru od rana męczyć się i robić wygibasy, by zabić jednego grubasa.Po prostu wyciągnęłam kosę w jego stronę w odpowiednim momencie tak, że nadział się na nią prosto tym swoim tłustym brzuchem.
-Coś jeszcze?- Odparłam zwalając go z mojego narzędzia.
Całkiem jednak zapomniałam, że znajduję się przed komisariatem policji. Posiłki, tajniacy i służby specjalnie już zdążyły mnie otoczyć.
-Poddaj się, jesteś sama na naszą setkę!- Krzyczał chyba dowodzący, gdyż inni milczeli.Patrzyłam na nich panicznie.
I co teraz? To mój koniec? Więzienie? A może psychiatryk i życie jak roślinka? To podłe, dlaczego to robią z ludźmi.
Poddałam się więc. Krew z mojego oka przestała lecieć. Wszyscy podeszli do mnie bardzo zdenerwowani.
-Odłóż kosę na ziemię i kopnij w moją stronę.- Odparł ten sam facet. Zrobiłam jak kazał. Jakiś inny mężczyzna przechwycił narzędzie w białych rękawiczkach i zabrał gdzieś znikając w tłumie.
Rozglądałam się z lękiem w oczach. Szybko jeden z nich podszedł do mnie i założył mi kaftan bezpieczeństwa.
Wszyscy przerażeni mierzyli we mnie spluwami.
-Zabijmy ją!- Krzyczeli jedni.
-Na stos!- Wołali drudzy.
Co zatem się ze mną stanie? Wszystko pójdzie na marne? Nie chcę. Nie chcę umierać. Chcę żyć, mordować, mścić się. Niech cierpią za to, co mi zrobili. Za to, że nikogo nie było.
Zaprowadzili mnie na komisariat. Na jednej sali myśleli nad moją śmiercią.
Postanowione.
Jak skończę? Gdzie? Kiedy?
Najlepiej szybko, bezboleśnie, teraz i tutaj. Zastrzelcie mnie. Prosto w głowę, bym już więcej nie patrzyła na wasze podłe twarze. Bym mogła cieszyć się wolnością.
Jako karę, za wyrządzone szkody, postanowili, iż zabiją mnie na krześle elektrycznym.

Kilka godzin, po pojmaniu już siedziałam na przygotowanym w piwnicy komisariatu krześle. Podłączone do przeróżnych urządzeń nie było zbyt przerażające. Usiadłam wygodnie, oni mnie przykuli.
Na twarz nie założyli mi tej szkaradnej maski.
-Ostatnie słowo,wola,życzenie? - Zapytał dowodzący.
Nic nie odpowiedziałam. Z prawego oka jednak popłynęła mi krew. Była gęsta. Bardziej gęsta niż kiedykolwiek wcześniej. Jej kolor był prawie czarny.
Zgromadzeni tutaj wystraszyli się. Funkcjonariusz szybko założył mi tą maskę i kazał odpalać.
Nie ma mowy! Nie pozwolę, by jakieś ścierwa mogły mnie zabić!
W głębi duszy krzyczałam.
Jak wspomniałam wcześniej, dzisiejsza krew była niezwykła. Nie tylko pod względem koloru czy gęstości ale też pod względem zastosowania.
Spowodowała wybuch. Tak, to prawda. Poświęcając siebie, przyczyniłam się do wybuchu całego posterunku.
Stało się to w ułamku sekundy.Nagle, z mojego ciała wydało się białe, oślepiające światło, następnie płomień. Bardzo niebezpieczny i nagły płomień. W przeciągu kilku sekund, piwnica jak i wszyscy znajdujący się tam zamieniali się w pyłek. Następnie płomień przeniósł się do komisariatu. Tam zrobił takie samo zamieszanie co wcześniej. Po około minucie cały budynek znikł z powierzchni ziemi. Został tylko pył i pamięć po Eme z Aylsham.





***
Kej, jest r4. o.-
Huh, nie wiedziałam jaki dać obrazek ;_; Chociaż, po części pasuje do tego rozdziału.
Dobra, Eme dość gadania >.<
Cześć!(: