***
Znajduję się w jakiejś dziwnej przestrzeni. To niebo? Może piekło? Czyli umarłam? Nie, ja tego nie chciałam. Dlaczego pozwoliłam się zabić.. Co z moimi planami? Wszystko poszło na marne.
Oślepiające światło. Widzę je, co teraz? Czyżby trafiła do nieba? Nie, to nie możliwe.
Schody otoczone białymi obłokami, prowadzące do ogromnej, złotej bramy. To nie może być prawda.
Zauważyłam znak, podbiegłam więc, by przeczytać ową 'wskazówkę'.
Podczas wędrówki w górę zastanów się, czy wybierasz dobrą drogę. Jeśli nie- zawróć. Jeśli tak- idź dalej.Od razu pobiegłam schodami w górę. Wydawały się nie mieć końca. Skupiłam się na tym, by dotrzeć o ogromnej bramy. Zapomniałam pomyśleć o tym, czy nie powinnam zawracać. Po chwili po głowie zaczęły krążyć mi myśli, że jednak nie powinno mnie tu być.
''Córka szatana, wiedźma, morderca.''. Moje myśli nie dawały mi spokoju. Postanowiłam jednak iść dalej. W końcu dotarłam do ogromnej bramy.
-Kim jesteś?- Odparł starzec stojący przed wejściem do raju.
-Emelyth Rockbell.- Odpowiedziałam.
-Czego chcesz?- Zapytał.
-Chcę żyć wiecznie w raju.
-Nie zasługujesz. Wróć się przemyśleć swoje zachowanie i błagać o przebaczenie. Może Wielki Ojciec się nad Tobą zlituje.- Wytłumaczył.
-Kiedy ja muszę się tam dostać. Przecież nie jestem niczemu winna.!
Starzec jednak zniknął tak jak i ogromna brama.
Znów pojawiłam się tam gdzie wcześniej.
Ta sama pusta, szara przestrzeń.
Jednak tym razem przede mną nie pojawiły się schody.. Tym razem była to droga w dół. Wlekła się na dół również nie mając końca.
Popatrzyłam na wskazówkę.
Witaj na drodze do piekła. Niestety, stąd nie ma już powrotu.No, tutaj przynajmniej oznajmili, że to droga do piekła.
Skoro i tak nie przyjęto mnie do nieba, to czemu nie mam próbować w piekle? Bez zastanowienia ruszyłam w drogę. Z początku wydawała się nie mieć końca, jednak udało mi się znaleźć ogromną, czarną bramę ustrojoną w szarawe czaszki. Miejsce było ciemne, gdzieniegdzie widniała rzeka lawy i wulkany. Przerażające miejsce.
Popatrzyłam na bramę, gdy nagle pojawił się pewien chłopak, na oko miał z 17-18 lat. Dość przystojny, ubrany na czarno z tym zabójczym wzrokiem zaprosił mnie do środka. Dziwiło mnie to, iż nie widziałam tutaj nikogo innego. Właściwie, w niebie też tego nie widziałam.
Wraz z chłopakiem weszliśmy przez ogromne drzwi do równie ogromnego pałacu.
Tam, na końcu holu, na przeogromnym przystrojonym fotelu siedział pewien mężczyzna. Chłopak bez zawahania popchnął mnie w jego stronę. Prawie się przewróciłam.
-Ej, masz jakiś problem?- Odwróciłam się do niego z sapami. Patrzyłam na niego z nienawiścią w oczach, on tylko się zaśmiał spoglądając pusto swoimi czarnymi ślepiami.
Zaczęliśmy się szarpać. Ja nie chciałam dać za wygraną, on też nie odpuszczał.
Tarmosiliśmy się nawzajem gdy nagle podszedł do nas mężczyzna, który wcześniej siedział na fotelu. Chłopak zesrany szybko odskoczył ode mnie i ustawił się prawie że na baczność.
Ja jednak nadal leżałam na ziemi i wpatrywałam się w puste oczy mężczyzny. Ku mojemu, jak i również bruneta zdziwieniu, facet podał mi rękę na znak, iż mam wstać. Wstałam bez jego pomocy otrzepując się przy tym.
-Masz bardzo piękną kosę.- Odparł oglądając ją.
-Dzięki.- Odpowiedziałam wyrywając mu ją z ręki. On popatrzył na mnie groźnie.
-Nie jesteś gotowa by do nas dołączyć.- Wytłumaczył. -Podaruję Ci drugie życie, a jeśli spełnisz je tak jak należy, przyjmiemy Cię tu podczas Twej drugiej marnej śmierci. Jednak nie zostaniesz z pustymi rękoma. Na znak, iż powstałaś ze zmarłych, ofiaruję Ci ogromne skrzydła, które będą Cię chronić.
Patrzyłam na niego jak na idiotę. O czym on gada? Drugie życie? Jak to? Jest to w ogóle możliwe?
-Okeeej..- Odparłam nie dowierzając jego słowom.
-Gdzie moje maniery Panienko. Nazywam się Lucyfer i dowodzę tą bandą bezmózgich idiotów. A To moje królestwo- piekło. Czy ono Cię aby nie przeraża? - Zapytał.
-Ani trochę. Gorsze piekło to ja miałam w domu.- Wydusiłam.
-Jeśli do tego zmierzamy, chcesz zobaczyć swego ojca? - Zaśmiał się. Patrzyłam na niego wzrokiem, mówiącym ''odszczekaj to, bo Ci przyfasolę''.
Rzekomy Lucyfer od razu skapnął się o co mi chodzi, gdyż zmienił temat.
-Emelyth, może pokażę ci skrzydła?- Odparł.
-A muszę je mieć? Wolałabym nie..- Prosiłam. Jednak on się uparł. Poszłam więc za nim sama nie wiem gdzie. Młody chłopak nie odstępował mnie na krok. Szedł obok mnie co chwilę zerkając na moją twarz.
Podłożyłam mu pod nogi końcówkę mojej kosy, przez co prawie się przewrócił. Zaśmiałam się.
-Jesteś żenująca.- Odparł chłopak poprawiając swoją czarną marynarkę.
-Jack, kultury dla nowej koleżanki.- Zagroził Lucyfer. Czyli nazywa się Jack..
Po wejściu do ogromnej sali, gdzie mogłam wybrać skrzydła zamurowało mnie. Było tu ogromne, koliste pomieszczenie. Jego ściany były to szklane gabloty. W środku znajdowały się różne rodzaje skrzydeł. Najdziwniejsze było to, iż możliwe do wyboru skrzydła nie znajdowały się tylko w jednym rzędzie. Owych rzędów było aż do sufitu!
-Przepraszam, jak ja mam się tam dostać?- Zapytałam zdziwiona.
-Jack Ci pomoże.- Wytłumaczył Lucyfer ukazując swe ogromne skrzydła. Wzniósł się w górę, by popatrzeć na płaty piór.
Popatrzyłam na Jack'a z obrzydzeniem, jak i on również nie był zadowolony z tego, że musi mi pomóc.
Postanowiłam, że wybiorę coś z najniższego rzędu. Obeszłam na około całą salę. Żadne mi się nie podobały. Wszystkie były czarne, tylko zmieniały kształt.W ostateczności na samym końcu zauważyłam, iż jedne skrzydła są inne. Nie były umieszczone w gablocie, po prostu leżały w kącie, tak jakby miały iść do wyrzucenia.
-Chcę te.-Odparłam.
Lucyfer zaszokowany moim wyborem szybko zjawił się na ziemi.Podszedł do mnie i zaczął tłumaczyć.
-Nie możesz ich wziąć. Nie należą do tych, które można wybierać.
-To w takim razie, nie chcę żadnych.
-No dobrze. Tylko musimy je przygotować.- Odparł Lucyfer. Po chwili zniknął z Jack'iem zostawiając mnie ze skrzydłami samą.
Pod słyszałam jedynie, iż rozmawiali o wartości tych białych skrzydeł.
-Nie, nie są w nie wszczepione czipy. Nie będziemy mogli jej śledzić. - Tłumaczył Jack.
-To w takim razie Ty to będziesz robił i koniec tematu.- Odparł Lucyfer, wchodząc z powrotem do sali. - Jednak możesz otrzymać białe skrzydła.
Potem bez słowa zaprowadził mnie do innej sali, gdzie dwie kobiety od razu zabrały się za przymocowanie ich do mojego ciała. Zrobiły to w sposób podły. Bez znieczulenia po prostu wszyły we mnie ogromne skrzydła.
Po skończonej i jakże bolesnej 'operacji' postanowiłam wybrać się na spacer. Jak to stwierdził Lucyfer, zanim udam się na ziemię, muszę odpocząć po tym ciężkim zabiegu.
Stwierdziłam, że zwiedzę to miejsce.
Udałam się więc na spacer. Nie mogłam schować jeszcze moich skrzydeł, były na wierzchu. To dziwne, gdyż byłam jedyną osobą z białymi skrzydłami. Postanowiłam usiąść pod drzewem i odpocząć.
Nagle jednak pojawił się Jack z dwoma kolegami. Zaczęli mi dokuczać.
Jeden, ubrany na czarno miał czarno biały szalik i czarno białą maskę, idealnie rozdzieloną kolorami na środku.Po czarnej stronie widniał biały, szeroki uśmiech, i oko. Po białej stronie nie było nic.
Drugi natomiast miał samodzielnie wycięty uśmiech na twarzy. Wypalone, ogromne przerażające oczy i białą, jak mleko skórę.
Jack, który im towarzyszył jakoś nie był inny. Oprócz tego, iż miał czarne jak smoła całe oczy, o ile w ogóle je miał no i jeszcze oprócz tego, że z jego oczu ciekła czarna maź. W ręce raz po raz trzymał niebieską maskę, która wyglądała tak samo.
Byli nieco straszni, jednak się nie bałam.
-Ey, Ty. Jesteś inna, czemu masz białe skrzydła?- Zagadał ten z uśmiechem kucając przede mną.
-Nazywa się Emelyth, ale wszyscy mówią jej Eme.- Wytłumaczył Jack.
-Gówno nas to obchodzi. Co ona tu robi? Nie pasuje do nas. - Wyjaśnił roześmiany szalikoman.
Przez jakieś 10 minut zadawali mi pytania, na które odpowiadało im to samo- cisza.
W końcu mnie zdenerwowali. Ten silniejszy-ten z uśmiechem chwycił mnie koszulkę i podniósł do góry. Szalikoman zabrał mi kosę. Popatrzyli na mnie i zaczęli uciekać. Jack jednak nie brał w tym udziału.
-Przepraszam za nich. Nie powinienem ich tutaj przyprowadzać. Postaram się odzyskać Twoją kosę.- Wytłumaczył Jack.Popatrzyłam na niego lekko zawiedziona i strzeliłam mu w twarz. Potem jednak postanowiłam sprawdzić jak działają moje skrzydła. Podskoczyłam w górę i siłą woli powtarzałam sobie ''machaj nimi''. Jak myślałam, tak się działo. W końcu postanowiłam odlecieć dość dobry kawałek, by odpocząć.
Wylądowałam pod drzewem na małej wysepce otoczonej rzeczką lawy. Byłam tutaj bezpieczna.
***
No i jest rozdział 5. o.-
Jak myślicie kogo ona tam spotkała? c:
Spokojnie, akcja się potoczy tak jak ma się potoczyć. Wszystko mam zaplanowane, więc bez obaw.
Jak na dziś to tyle. Dobranoc*:!(:
Pozdrawiam.
~/Eme.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz