sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 2

Zajrzałam, by upewnić się, czy to mój ojciec. Nie myliłam się.
Wstałam więc i oczekiwałam,kiedy nadejdzie.
Mój oddech był niestabilny. Serce biło mi strasznie szybko.
Jednak wiedziałam, że nie mogę się teraz wycofać. To wszystko zaszło za daleko.
Gdy ojciec był już wystarczająco blisko, wzięłam zamach największy jaki w tej chwili potrafiłam.
Trafiłam ojcu prosto w brzuch. Kosa trafiła go na tyle głęboko, że przebiła go na wylot.
Gdy on dławił się własną krwią, patrzyłam jak umiera. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Postanowiłam, że pomogę mu w tej męczarni.
Zadawałam mu kolejne ciosy, głębsze, bardziej precyzyjne. W końcu, gdy jego ciało było już wystarczająco zmasakrowane, otarłam spocone czoło. Przyjrzałam mu się jeszcze ostatni raz.
-Dobranoc, tatusiu.- Odparłam po czym bez zastanowienia pobiegłam w głąb lasu. Nie zapomniałam o kosie. Nie chcę, by ktokolwiek dowiedział się, że to ja.
Mogłam jednak spodziewać się, że moje nagłe zniknięcie i śmierć ojca to dwa dziwne zdarzenia.
Biegłam przed siebie bez zatrzymania.
Na noc zatrzymałam się w starej szopie w lesie.
Było tam strasznie zimno i ciemno. To nic. Przecież miałam swoją kosę.
Otworzyłam więc ogromne, stare drzwi. Weszłam do środka, jednak od razu ogarnęła mnie fala zimna i smrodu dochodząca ze środka.
To było jedyne wyjście na tą noc.
Znalazłam w kieszeni bluzy paczkę zapałek. Zapaliłam najpierw jedną, by zobaczyć cokolwiek.
Poszłam do przodu, rozglądając się panicznie.
Pomieszczenie było bardzo wilgotne.Ściany poszarpane. Odchodziła z nich farba.
Jakieś graty walały się po ziemi.
Szłam nie patrząc pod nogi aż w pewnej chwili przewróciłam się o jakąś starą puszkę. Pod wpływem fali powietrza moja zapałka zgasła.
Zapaliłam więc następną. Znalazłam pod ścianą jakieś stare szmaty.
Udałam się w tamtym kierunku. Wzięłam jedną i otarłam kosę z krwi.
Usiadłam w kącie. Strasznie się bałam tu przebywać. Było już ciemno a powoli kończyły mi się zapałki.
Postanowiłam się uspokoić i zasnąć.
Nie zajęło mi to dużo czasu.
Przysypiając, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Nie zwracałam na to zbytnio uwagi.
Nie pamiętam dokładnie kiedy zasnęłam.

Następnego dnia obudziłam się strasznie zmarznięta. Słońce wdzierało się przez  zakurzone, małe okienka. Wreszcie dokładnie widziałam, gdzie się znajduję.
Rozejrzałam się i zauważyłam, iż znajduję się w jakiejś opuszczonej fabryce. Nie wiem dokładnie wszystko jest takie stare.
Bez zastanowienia wyszłam z budynku. Rozejrzałam się wokół i postanowiłam udać się w dalszą podróż.
Poszłam w przeciwnym kierunku, do tego z którego przyszłam.
Przecież ten las gdzieś musi się skończyć. To oczywiste.
Szłam dobre kilka godzin, gdy nagle dopadło mnie zmęczenie i głód. Wiedziałam, że muszę iść dalej. Przecież jeśli się cofnę, od razu wsadzą mnie za kratki. Będę żyła jak roślinka. Co dnia faszerowana lekami strasznie silnymi. To chore. Dlaczego tak miałabym skończyć?
Nie podoba mi się taki obraz mojego życia.
Chcę żyć, chcę mieć męża, dzieci. Chciałabym, by moi rodzice byli na weselu.
A może zmienić nazwisko? Słyszałam, że jest to możliwe.
Tylko chwila, zapomniałam. Mam dopiero 13 lat. Prędzej odwieźli by mnie do psychiatryka lub do domu niż zmieniliby mi nazwisko. Niestety, moje marzenie jest nieosiągalne.

Zapomniałam wspomnieć, dowiedziałam się, że Ci sami którzy zabili na moich oczach Daniela, przeprowadzili się do Barnet.

Właśnie natrafiłam na jakieś miasteczko. Minęło już kilka dni. Nic nie jadłam, nie piłam. Jestem wykończona. Spałam nieraz pod gołym niebem. Te warunki są okropne, jednak za nic nie wróciłabym do domu.
Wychodzę właśnie z ogromnego lasu. Już myślałam, że nigdy nie będzie miał końca.
Stoję na skraju lasu. Widzę tabliczkę. Wykończona podbiegłam do niej, by przeczytać gdzie się właśnie znajduję.
Na tabliczce zauważyłam napis ''Barnet''
Czyli wreszcie dotarłam gdzieś konkretnie?
Zmęczona udałam się więc wzdłuż uliczki, całkiem zapominając, że mam kosę w ręce. Na szczęście była czysta a moje ubranie w miarę nie poplamione krwią.
Postanowiłam, że jeśli ktoś będzie pytał, to wraz z rodzicami mam działkę gdzieś w lesie. Miałam przynieść ojcu kosę, jednak się zgubiłam i dotarłam tutaj.
Zmęczenie dawało się mocno we znaki. Byłam strasznie głodna. Dotarłam do jakiegoś parku w środku miasta. Usiadłam pod drzewem, kosę położyłam obok. Czekałam, aż ktoś zareaguje.
Widziałam, że ludzie się boją. Są zdenerwowani a jedna kobieta posunęła się do tego stopnia, że zadzwoniła na policję.
Nie pamiętam co było później. Straciłam przytomność.

Przebudziłam się na komisariacie, gdzie odebrano mi kosę.
Od razu zalano mnie falą pytań.
W końcu podszedł jeden mężczyzna przeciskając się przez tłum gapiów.
-Dobra, dajcie jej spokój. Może jest głodna.- Odparł odganiając ich ode mnie.Następnie ukucnął przede mną i zaczął pytać.- Witaj dziecinko, jak masz na imię?
Nic nie odpowiadałam. Nie zmieniłam wyrazu twarzy.
Zapomniałam, że na szyi miałam wisiorek od taty z moim imieniem. Szlak niech to trafi.
Mężczyzna szybko zauważył mój wisiorek i sięgnął po niego ręką, by przeczytać moje imię.
Gdy tylko musnął moją szyję ręką przeszły mnie ciarki i odsunęłam się od niego. Zdążył jednak przeczytać wygrawerowany napis.
-Emelyth nie bój się. Nic Ci nie zrobię. Mogę do Ciebie mówić Emelyth?- Zapytał z szarmanckim uśmiechem.
-Eme.- Wyszeptałam pod nosem w ogóle na niego nie patrząc. Założyłam kaptur na głowę i naciągnęła bluzę jak i rękawy, by czasem nie widzieli moich blizn. Machałam nogami i rozglądałam się po komisariacie.
- Dobrze, zatem. Eme, jak się tutaj znalazłaś? Nie jesteś tutejszą.- Zapytał jednak odpowiadała mu cisza. Powtórzył kilkakrotnie pytanie. Mimo tego, że powoli zaczynał się denerwować nie spieszno mi było odpowiedzieć.Próbował więc inaczej.- Po co Ci kosa? Skąd jesteś? - Dopytywał.
Wstałam i rozejrzałam się po komisariacie.Było mi słabo, więc od razu ponownie usiadłam. On chyba to zauważył, gdyż od razu poprosił swoją asystentkę by przyniosła mi wody i coś do zjedzenia.
Ta, dość mała i gruba szatynka przyniosła mi kubeczek wody i kanapkę z tuńczykiem. Mimo, iż byłam strasznie głodna, wypiłam tylko wodę. Nie znoszę tuńczyka.
-Emeli, zjedz coś.- Prosił funkcjonariusz. Raz jeszcze zajrzałam do środka kanapki. Powąchałam tuńczyka i od razu poczułam, że chyba zwymiotuję.
Pan Smith, bo tak się nazywał wziął mnie za rękę i poprowadził do swojego gabinetu. Tam poczęstował mnie kanapką z szynką. Zjadłam ją w mgnieniu oka jak smok.
Popiłam raz jeszcze wodą. Rozejrzałam się i zauważyłam, że w koncie jego gabinetu stoi moja kosa.
~Co by tu zrobić..~Pomyślałam.~Ucieknę, tak jak z domu. Muszę uciec. Oni wsadzą mnie do psychiatryka. Nie chcę być roślinką!~Krzyczałam w myślach po czym zaczęłam odliczanie.
Ręce strasznie mi się pociły. Zacisnęłam je. Postanowiłam, że nie zostanę tu dłużej. Muszę się stąd wyrwać. Po prostu muszę.
10..
9..
8..
7..
6..
5..
4..
3..
2..
1..
Nagle zerwałam się z krzesła, podbiegłam do kąta pokoju, zabrałam kosę i wybiegłam. Uciekałam przez korytarz trącając każdego, by zrobił mi miejsce.
-Łapcie ją! Nie pozwólcie jej uciec!- Krzyczał za mną funkcjonariusz.
Z prawego oka znów poleciała mi krew. W pewnej chwili zatrzymałam się i odwróciłam, czekając na ich reakcję.
Poprawiłam kaptur. Patrzyłam na nich  spot kaptura.
Powolnym i niepewnym krokiem podszedł do mnie Pan Smith. Ukucnął przy mnie. Patrzył na moją twarz a wszyscy tu zgromadzeni, patrzyli na nas.
-Eme, uspokój się, chcemy tylko porozmawiać.
Popatrzyłam na niego. Delikatnie rozchyliłam usta, jakbym chciała coś powiedzieć. Jednak nie. Zrobiłam tylko obrót jak mała baletnica i zamachnęłam się kosą. Rozcięłam Pana Smith'a na dwie równe części.
Podczas, gdy wszyscy byli zdezorientowani całym zdarzeniem, miałam około 10 sekund na ucieczkę.
Wybiegłam z komisariatu i pobiegłam byle gdzie. Byle tylko ich zgubić.

Uciekałam przez kręte uliczki, najmniejsze zakamarki, by tylko mnie nie znaleźli.W pewnej chwili, ujrzałam jak Frank i John (Mordercy Daniela) znów katowali dwóch dzieciaków.
Stanęłam jak wryta. Ta mała dziewczynka wyglądała jak ja sprzed 3 lat!
Bez wahania w ostatniej chwili zrobiłam zamach moją kosą, przez co głowa jednego z tych oprawców obiła się jak piłka o ścianę. Drugi gdy to zobaczył, przestraszył się i bronił małą dziewczynką.
-K..Kim jesteś szatanie?! C..Czego O..Ode mnie chcesz?!- Krzyczał, aż w pewnej chwili posikał się w majtki.
Był to zabawny widok. Zastanawiałam się chwilę, jak mu się przedstawić. Moje imię brzmi Eme. Pochodzę z Aylsham.
Eme z Aylsham. Nawet pasuje.
Spojrzałam na niego, a on szarpał to bezbronne dziecko. Drugie natomiast leżało poobijane na ziemi i płakało.
Przypomniał mi się Daniel.
-Eme z Aylsham. A teraz puszczaj dziewczynkę.- Odpowiedziałam oschle. Na oko, te dzieciaki miały po 5-6 lat. Były młodsze ode mnie i Daniela.
On się wystraszył, i natychmiastowo puścił dziewczynkę.
Ona stała jak wryta, a ten zaczął uciekać. Podbiegłam kawałek do niego i z pół obrotu zadałam mu cios kosą. Jego ciało też zostało przepołowione.
To była moja 3 ofiara w tym mieście.
Niestety.
Podeszłam szybko do tych dzieciaków.
Dziewczynka stała i płakała natomiast chłopiec patrzył na mnie strasznie obolały.
Podeszłam do blondynki.
-Jak masz na imię?- Zapytałam nie patrząc bezpośrednio w jej oczy. Miałam kaptur.
-S..Stefani. A to jest Billie. - Odparła uprzedzając moje następne pytanie.
-Stefani, możesz iść?- Zapytałam z troską w głosie.
-T..Tak.. C.. Co Pani chce z nami zrobić? - Zapytała przerażona.
-Nic konkretnego..- Odparłam po czym podałam jej moją kosę.- Masz, trzymaj, tylko nie zrób sobie krzywdy.
Po chwili podeszłam do chłopca.
-A Ty, możesz wstać?- Zapytałam, jednak on płakał. Wiedziałam, że jest mu potrzebna nagła pomoc. Szybko więc wzięłam go na barana. Dziewczynka chwyciła mnie delikatnie za rękaw, by dotrzymać mu kroku.
Zaprowadziłam ich do najbliższego szpitala, jaki tylko zdążyłam zauważyć podczas mojej ucieczki.

Z kopniaka otworzyłam drzwi gdy nagle wszystkie pary oczu zwróciły się na moją postać.
-Potrzebna nagła pomoc.- Odparłam oschle. Pielęgniarka podeszła niepewnie. Odwróciłam się. Wręczyłam jej chłopca który zdążył zalać już mój rękaw.
Dziewczynka chciała, bym z nimi została. Wzięłam ją na bok. Zabrałam moją kosę i kucnęłam przy niej.
-Posłuchaj Stefani. Jesteś bardzo silna. Nigdy nie pozwól ,by ktoś Cię skrzywdził. I pilnuj swojego kolegi. Jak tylko możesz.
Ona przytuliła się do mnie z podziękowaniem za uratowanie życie jej jak i Billie'mu.
Bez słowa wyszłam, gdzie czekały już na mnie radiowozy i policjanci gotowi mnie zastrzelić.
Szybko wbiegłam z powrotem do szpitala. Uciekałam korytarzem aż w końcu weszłam do jakiejś sali. Zajrzałam przez okno, nie było wcale tak wysoko. Zrobiłam rozbieg i..
I skoczyłam.




~~~~~~~~~~~~~~~
Jest r2.
Pozdrawiam.
Eme.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz